Pyszna – schronisko, którego już nie ma
Pyszna – schronisko, którego już nie ma
Są w Tatrach miejsca, do których można dojść i zobaczyć wszystko, a jednak nie zobaczyć już niczego.
Na mapie Dolina Pyszniańska wciąż istnieje. Szumią tam potoki, rośnie las, biegnie ścieżka. Idzie się spokojnie, bez wielkiego napięcia, bez poczucia, że właśnie zbliżamy się do jednego z najważniejszych adresów dawnego tatrzańskiego świata.
A przecież był czas, kiedy Pyszna nie była tylko nazwą polany.
Była schroniskiem. Była spotkaniem. Była narciarską wyrypą, dymem z pieca, ciężkimi nartami opartymi o ścianę, śmiechem, rozmową i zmęczeniem po całym dniu w górach. Była jednym z tych miejsc, które żyły nie samym budynkiem, ale ludźmi, którzy nadawali mu sens.
Dziś do miejsca dawnego schroniska nie prowadzi znakowany szlak turystyczny. Pyszna znajduje się w obszarze ochrony ścisłej Tatrzańskiego Parku Narodowego. O tym, co pozostało po schronisku, wiemy przede wszystkim z dokumentacji, archiwalnych fotografii i relacji badaczy Muzeum Tatrzańskiego. Wśród świerków nadal istnieją ślady podmurówki, studnia i niewielkie pozostałości dawnego wyposażenia — ale miejsce wróciło niemal całkowicie do przyrody.
Dlatego tę serię „Miejsca, które pamiętają” warto zacząć właśnie od Pysznej.
Nie od miejsca najgłośniejszego. Nie od najbardziej widowiskowej ruiny. Ale od schroniska, które przepadło, a mimo to zostało w pamięci.
Zwykły szałas, który przestał być zwykły
Początek tej historii wcale nie był wielki.
Na Pysznej stał po prostu stary pasterski szałas. Surowy, prosty, bardziej użytkowy niż romantyczny. W czasach, gdy rodziło się zakopiańskie narciarstwo, właśnie takie miejsca zaczęły jednak zyskiwać nowe życie. To nie były jeszcze czasy wygodnych schronisk, dobrych dróg i turystyki masowej. Tatry miały wtedy inny smak – bardziej pionierski, bardziej szorstki, bardziej prawdziwy.

Smreczyński Staw na fotografii Józefa Oppenheima z okresu międzywojennego. Autor: Józef Oppenheim / Domena publiczna
Gdy zakopiańscy narciarze zaczęli zagospodarowywać szałasy na zimowe wyprawy, Pyszna bardzo szybko zwróciła ich uwagę. Trudno się dziwić. Okolice Pyszniańskiej Przełęczy, kotły, stoki i długie zjazdy musiały działać na wyobraźnię ludzi, którzy dopiero odkrywali radość prawdziwej górskiej zimy.
Tak z prostego szałasu zaczęło rodzić się miejsce z charakterem.
Warunki były surowe. Noclegi skromne. Wyposażenie niemal symboliczne. Ciasno, zimno, skromnie. Ale czasem właśnie takie miejsca najbardziej przyciągają. Nie dlatego, że są wygodne, lecz dlatego, że dają poczucie wspólnoty. Kto tam docierał, nie przychodził po luksus. Przychodził po góry i po ludzi.
I może właśnie dlatego Pyszna tak szybko stała się legendą.
Narciarskie eldorado
Dziś łatwo zapomnieć, że dawne Tatry zimą były światem znacznie bardziej surowym niż obecnie. Sprzęt był cięższy, technika bardziej prymitywna, warunki często dziksze, a mimo to właśnie wtedy narodziła się pewna górska kultura, której później już nie dało się powtórzyć.
Pyszna trafiła idealnie w swój czas.
Zaczęła żyć rytmem narciarskich wypraw. Przyciągała ludzi spod znaku drewnianej narty i czekana. Bywało tam gwarno, tłoczno, wesoło. Jedni przychodzili dla śniegu i zjazdów, inni dla towarzystwa, jeszcze inni dlatego, że czuli, iż właśnie tam dzieje się coś ważnego.

Schronisko na Hali Pysznej po wielkiej przebudowie z 1936 roku. Autor: Józef Oppenheim / Muzeum Tatrzańskie
Domena publiczna
Nie trzeba było wielkich wygód, by miejsce zyskało duszę.
Wystarczył piec, trochę miejsca do spania, odrobina ciepła i świadomość, że za oknem czekają Tatry. Wystarczył dzień spędzony na podejściach i zjazdach, a potem wieczór w schronisku, gdzie każdy był już trochę zmęczony, trochę przemarznięty, ale przez to może bardziej prawdziwy.
Pyszna nie była elegancka.
Była żywa.
Dom, do którego szło się z korbą
Jednym z najbardziej malowniczych szczegółów tej historii jest sam sposób docierania do schroniska.
Dawniej zabierało się z Zakopanego ciężkie korby potrzebne do otwierania budynku. Już sam ten detal mówi wszystko o tamtym świecie. Do schroniska nie szło się jak do gotowego hotelu w górach. Trzeba było dojść, otworzyć, rozpalić, urządzić sobie przestrzeń. Było w tym coś z wyprawy i coś z obrzędu.
Bywało podobno, że korby nie chciały puścić, a ludzie siedzieli przed schroniskiem i czekali, aż wreszcie uda się wejść do środka. Trudno dziś o lepszy obraz tamtej Pysznej: trochę niewygodnej, trochę kapryśnej, ale przez to niezapomnianej.

Stanisław Marusarz podczas zawodów o mistrzostwo Polski w Zakopanem w 1933 roku. Źródło: autor nieznany / NAC/ Domena publiczna
Takie drobiazgi budują legendę bardziej niż daty.
Bo gdy myślimy o dawnym schronisku, nie pamiętamy tylko tego, kiedy powstało i kiedy spłonęło. Pamiętamy raczej ludzi stojących przed drzwiami, ciężki śnieg na butach, śmiech, zniecierpliwienie i ten moment, kiedy wreszcie udało się wejść do środka.
Kiedy Pyszna dorosła
W 1936 roku Pyszna weszła w nowy etap.
Dawny szałas przestał wystarczać. Miejsce było już zbyt ważne, zbyt popularne i zbyt mocno wpisane w narciarski świat Zakopanego, by mogło pozostać jedynie skromnym schronem dla wtajemniczonych. Zdecydowano więc o przebudowie i otwarciu schroniska przez cały rok.
Powstał większy, pojemniejszy obiekt. Z izbami, narciarnią, suszarnią, zapleczem i znacznie lepszym wyposażeniem. Mogło w nim nocować nawet kilkadziesiąt osób. A jednak, mimo rozbudowy, starano się zachować dawny styl Pysznej. To ważne. Bo w tym miejscu nie chodziło wyłącznie o funkcjonalność. Chodziło o atmosferę, która zdążyła już obrosnąć wspomnieniami.
Schronisko otrzymało imię Władysława Strzeleckiego.
Była w nim także stacja TOPR.
To już nie był tylko dawny szałas. To było miejsce z pozycją, znaczeniem i własną tradycją.
Ludzie Pysznej
Ale nawet najciekawsze schronisko pozostaje tylko budynkiem, jeśli nie ma ludzi.
To właśnie oni stworzyli Pyszną.

Stanisław Marusarz w 1938 roku, w okresie gdy związany był także ze schroniskiem na Pysznej. Autor nieznany / „Światowid” Domena publiczna
Bywali tam pionierzy zakopiańskiego narciarstwa, przewodnicy, ratownicy, instruktorzy, taternicy, sportowcy i zwykli miłośnicy gór. W przewijającej się przez to miejsce galerii postaci są nazwiska, które brzmią dziś jak fragment historii Tatr: Mariusz Zaruski, Stanisław Barabasz, Józef Oppenheim, Wanda Gentil-Tippenhauer, Leon Loria, bracia Schiele, Władysław Pawlica, Bronisław Czech, Stanisław Marusarz i wielu innych.
Jedni przychodzili tam dla nart.
Inni dla gór.
Jeszcze inni – dla ludzi.
I to chyba najpiękniejsza cecha dawnej Pysznej. Nie była miejscem elitarnym w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Była po prostu ważnym punktem pewnego świata. Kto kochał zimowe Tatry, prędzej czy później musiał zetknąć się z Pyszną.
Szczególnie mocno unosi się nad nią duch Józefa Oppenheima – człowieka, bez którego opowieść o dawnym zakopiańskim narciarstwie, TOPR-ze i pyszniańskich wyrypach byłaby niepełna. Obok niego pojawia się też „Ruda”, czyli Wanda Gentil‑Tippenhauer, wierna strażniczka pamięci o tamtym świecie.

Bronisław Czech podczas treningu w Tatrach w styczniu 1935 roku. Autor nieznany / archiwum IKC. Domena publiczna
A później jest jeszcze Stanisław Marusarz.
I nagle rozumiemy, że Pyszna była nie tylko schroniskiem. Była sceną, na której spotykały się kolejne pokolenia ludzi gór.
Księga, która pamięta śmiech
W starych schroniskach zawsze fascynowała mnie jedna rzecz: księgi pamiątkowe.
To one najlepiej pokazują, że miejsce naprawdę żyło. Nie w oficjalnych kronikach, nie w tabelach, nie w suchych datach, ale w żartach, rysunkach, anegdotach, podpisach i krótkich zdaniach zostawianych przez ludzi.
Na Pysznej taka księga także była.
Pełna nazwisk, śladów dawnych bywalców, humoru, drobnych złośliwości i lekkiej schroniskowej anarchii. Nie brakowało tam podobno rysunków i wpisów, które więcej mówiły o charakterze miejsca niż niejeden poważny tekst historyczny. 🙂
To właśnie w takich drobiazgach najlepiej przetrwała dawna Pyszna.
Nie tylko jako schronisko narciarskie.
Ale jako świat z własnym tonem, własnym językiem i własnym poczuciem humoru.
Wojna i koniec
Każda taka opowieść ma jednak swój ciemniejszy rozdział.
Wojna przerwała dawny rytm Tatr. Zmieniła ludzi, przerwała ciągłość wielu środowisk, zmiotła z krajobrazu nie tylko budynki, ale całe światy. Pyszna także nie ocalała.

Andrzej Marusarz, Stanisław Marusarz i Bronisław Czech podczas treningu w Tatrach w 1935 roku. Autor nieznany / Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny , Domena publiczna
Koniec schroniska przyszedł jeszcze przed zakończeniem wojny. 4 stycznia 1945 roku, podczas walk z sowieckimi partyzantami, Niemcy ostrzelali budynek pociskami artyleryjskimi. Schronisko na Pysznej stanęło w ogniu i spłonęło. Tak zakończyła się historia miejsca, które przez dziesięciolecia było jednym z najważniejszych ośrodków przedwojennego narciarstwa tatrzańskiego.
Można powiedzieć: zniknęło schronisko.
Ale to byłoby za mało.
Bo wraz z nim odchodził również pewien styl bycia w górach. Świat ludzi, którzy przychodzili tam z drewnianymi nartami, z hartem ducha i z przekonaniem, że Tatry są przestrzenią przygody, koleżeństwa i wolności.
Po wojnie wiele się zaczęło od nowa.
Pyszna już nie.
Co zostało
A jednak została pamięć.
To chyba najważniejsze.
Kiedy dziś idzie się przez Dolinę Pyszniańską, łatwo zobaczyć tylko las, potok i ślady dawnej polany. Trzeba uruchomić wyobraźnię, żeby dostrzec schronisko. Trzeba zatrzymać się na chwilę, żeby usłyszeć dawny gwar. Trzeba chcieć pamiętać, by wśród mchów, kamieni i ledwo widocznych murków zobaczyć coś więcej niż ruiny.

Mariusz Zaruski, jeden z ludzi związanych z początkami narciarstwa tatrzańskiego i historią Pysznej. Autor nieznany – „Nowości Ilustrowane” 33/1910, Public Domain
Może właśnie dlatego Pyszna wciąż działa na ludzi.
Nie jako gotowy obiekt.
Nie jako atrakcja.
Ale jako miejsce, które trzeba sobie dopowiedzieć sercem.
W tym tkwi jej siła.
Bo są schroniska, które stoją do dziś i służą kolejnym pokoleniom turystów. I są takie, których już nie ma, a mimo to potrafią poruszyć bardziej niż niejeden istniejący budynek.
Pyszna należy właśnie do tej drugiej kategorii.
Miejsca, które pamiętają
Chciałbym, aby ta nowa seria była właśnie o takich miejscach.
O schroniskach, polanach, przełęczach i starych szlakach, które nie zawsze krzyczą swoją historią. Czasem milczą. Czasem trzeba się pochylić nad jednym kamieniem, starym zdjęciem albo pożółkłą księgą, żeby zrozumieć, ile się tam kiedyś wydarzyło.
Pyszna jest do tego początkiem idealnym.
Bo nie została po niej wielka ruina.
Została pamięć.
A czasem to właśnie pamięć jest najtrwalszą formą istnienia górskiego miejsca.

Ratownicy w Tatrach w 1909 roku. W środku Mariusz Zaruski, obok Klimek Bachleda. Autor nieznany / „Nowości Illustrowane” Domena publiczna
Jeśli kiedyś będziesz na Pyszniańskiej Przełęczy, zatrzymaj się na chwilę.
Spójrz na las w dole…
Posłuchaj potoku w oddali…
I spróbuj wyobrazić sobie schronisko, którego już nie ma.
Być może właśnie wtedy Pyszna znów na moment ożyje.
Pyszna zniknęła z map turystycznych, ale nie z historii Tatr. Zostały wspomnienia, stare fotografie, nazwiska ludzi, którzy tworzyli to miejsce, i opowieść o schronisku, którego już nie ma.
Jeśli lubisz takie górskie historie, zajrzyj także do innych tekstów na blogu. Są tu nie tylko relacje ze szlaków, ale również opowieści o ludziach, miejscach i wydarzeniach, które zostawiły swój ślad w górach.
Jeśli cenisz takie teksty i chcesz wesprzeć dalsze prowadzenie bloga, możesz postawić mi symboliczną kawę przez BuyCoffee. Każde takie wsparcie pomaga mi przygotowywać kolejne górskie historie.
Do zobaczenia na kolejnych szlakach i w następnych opowieściach.
Górskie pozdrowienia
Marcogor

Mieczysław Karłowicz, jeden z pionierów tatrzańskiego narciarstwa, przed 1909 rokiem. Autor nieznany / „Nowości Illustrowane” Domena publiczna
Postscriptum – źródła
Muzeum Tatrzańskie – Tajemnicze Tatry, cz. 3. Schronisko na Pysznej – magiczne miejsce
Tatrzański Park Narodowy – materiały o Dolinie Pyszniańskiej
Schronisko PTTK na Hali Ornak – Schronisko na Pysznej
Biblioteka Jagiellońska – archiwalne sprawozdania Sekcji Narciarskiej PTT
Zakopane.pl – Stanisław Marusarz
W stronę Pysznej – Wanda Gentil-Tippenhauer, Stanisław Zieliński

Szkoda, że po wojnie nikt nie wpadł, aby odbudować to miejsce i schronisko.
postanowili zrobić tam rezerwat ścisły…
zawsze fascynowała mnie historia Doliny Pysznej, tamtego świata, tamtych ludzi. Warto ją przypominać. No i w sferze marzeń pozostaje odbudowa schroniska i szlaku… A szkoda.
mam w swojej biblioteczce fantastyczną książkę ” W stronę Pysznej” gorąco polecam!