Coma Pedrosa (2942 m). Własnym tempem na dach Andory
Są takie góry, o których człowiek marzy przez pół życia. Ogląda je na fotografiach, poznaje z filmów, szuka na mapach i obiecuje sobie, że kiedyś koniecznie musi stanąć pośród ich majestatycznych szczytów. Potem mijają lata, pojawiają się kolejne podróże, inne wspaniałe pasma i nowe górskie fascynacje. Ale tamto pierwsze marzenie wciąż gdzieś pozostaje, schowane głęboko w sercu.
Dla mnie takimi górami od dawna były Pireneje. Wreszcie doczekałem się dnia, kiedy mogłem zobaczyć je na własne oczy! I od razu trafiłem w sam środek niezwykłego jesiennego spektaklu, którego głównymi bohaterami były majestatyczne granie, szafirowe jeziora polodowcowe, szumiące wodospady oraz lasy płonące wszystkimi odcieniami złota i czerwieni. Do tego październikowe kwiaty, doskonała pogoda, wspaniała ekipa przyjaciół i mnóstwo dobrego humoru.
Celem naszej wyprawy był Coma Pedrosa (2942 m n.p.m.), najwyższy szczyt Andory i kolejny wierzchołek na mojej drodze do poznawania Korony Europy. Wszystko zapowiadało się cudownie. Nie przypuszczałem jednak, że ten dzień przyniesie mi także jedną z najbardziej zaskakujących przygód w całym moim górskim życiu.
Bo kiedy po sześciu godzinach dotarłem na upragniony szczyt, po raz pierwszy w życiu popłynęły mi łzy szczęścia na górskim wierzchołku! A kiedy po dziesięciu godzinach, już po ciemku, stanąłem ponownie przy samochodzie, poczułem tak wielką ulgę, jakiej dawno nie doświadczyłem.
Nie chciałbym jednak, żebyście zapamiętali tę wyprawę tylko jako historię walki ze skurczami mięśni. Ból był jej nieoczekiwanym, dramatycznym fragmentem, ale absolutnie nie odebrał mi zachwytu nad pięknem Pirenejów. Przeciwnie! To właśnie ich magia, wspaniała atmosfera naszej ośmioosobowej ekipy i marzenie noszone w sercu od wielu lat sprawiły, że wciąż chciałem iść dalej.
Dzisiaj wspominam ten dzień niemal jak górskie misterium, pełne mistyki dzikiej natury, przyjaźni i niezapomnianych emocji.
Ale zacznijmy od początku, bo przecież moja historia z Pirenejami rozpoczęła się znacznie wcześniej niż tamtego słonecznego październikowego poranka.
Pireneje. Górskie marzenie z czasów Tour de France
Moja fascynacja Pirenejami narodziła się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Oglądałem wtedy na Eurosporcie słynny wyścig kolarski Tour de France. Oczywiście kibicowałem zawodnikom, ale muszę przyznać, że chwilami bardziej od ich sportowej rywalizacji interesowały mnie krajobrazy pokazywane przez kamery.
Szczególnie podczas górskich etapów!
Kiedy kolarze mozolnie pokonywali kolejne podjazdy i serpentyny pirenejskich przełęczy, kamery zamontowane na motocyklach oraz w helikopterach pokazywały zupełnie niezwykły świat. Głębokie doliny, strome zbocza, ogromne skalne grzbiety, zielone pastwiska i niewielkie miejscowości przyklejone do górskich stoków.
Patrzyłem na to wszystko z prawdziwym zachwytem.
Już wtedy pomyślałem sobie, że kiedyś chciałbym poznać te góry z bliska. Stanąć na jednej z ich przełęczy, zobaczyć górskie jeziora, poczuć zapach tamtejszych lasów i spojrzeć na dalekie pasma z jakiegoś wysokiego wierzchołka.
Przez następne lata miałem okazję wędrować po wielu europejskich górach. Zakochałem się bez pamięci w Dolomitach, nieustannie wracałem do ukochanych Tatr i odkrywałem kolejne zakątki Alp, Karpat oraz innych pasm. Pireneje jednak wciąż pozostawały gdzieś na mojej liście marzeń.
Aż wreszcie pojawiła się możliwość wyjazdu do Andory.
I to od razu z wejściem na najwyższy szczyt tego niewielkiego państwa!
Czy można było wymarzyć sobie piękniejsze pierwsze spotkanie z Pirenejami?
Pireneje. Majestatyczna granica dwóch światów
Zanim zabiorę Was na nasz szlak, warto bliżej poznać te niezwykłe góry, bo ich piękno ma bardzo ciekawą historię.
Pireneje rozciągają się na długości około 430 kilometrów, od Zatoki Biskajskiej nad Oceanem Atlantyckim aż po wybrzeże Morza Śródziemnego. Tworzą potężną naturalną granicę między Półwyspem Iberyjskim a pozostałą częścią Europy.
Ich główny grzbiet przebiega przez tereny Hiszpanii i Francji, a w części wschodniej ukrywa się niewielka Andora, kraj niemal całkowicie zanurzony w wysokogórskim świecie.
To pasmo niezwykle urozmaicone. Zachodnia część Pirenejów jest bardziej wilgotna, zielona i poddana silniejszym wpływom Atlantyku. Im dalej na wschód, tym wyraźniej zaznaczają się cechy klimatu śródziemnomorskiego. W najwyższych partiach panują jednak prawdziwie wysokogórskie warunki.
Można tu spotkać łagodne, trawiaste zbocza, ale także potężne skalne ściany, ostre granie, rozległe piarżyska, głębokie kotły polodowcowe i jeziora o niezwykłych odcieniach błękitu oraz zieleni.
Najwyższym szczytem całego pasma jest Pico de Aneto (3404 m n.p.m.), położony w hiszpańskim masywie Maladeta. To właśnie jego nazwę miałem później z wielką radością odnaleźć na jednej z tablic panoramicznych na Coma Pedrosa!
Pireneje są też krainą, w której przyroda i historia człowieka od wieków splatają się ze sobą. Przez górskie przełęcze prowadziły dawne szlaki handlowe i pasterskie. W dolinach rozwijały się niewielkie osady, a strome zbocza wykorzystywano jako letnie pastwiska.
Dzisiaj można tu wędrować setkami kilometrów znakowanych szlaków, poznając zarówno dziką przyrodę, jak i niezwykłe dziedzictwo mieszkańców tych gór.
Łupki, kwarcyty i ślady dawnych wulkanów
Pireneje nie są zbudowane z jednego rodzaju skał.
W różnych częściach pasma występują między innymi granity, skały metamorficzne, osadowe wapienie i piaskowce oraz wiele innych utworów. Niektóre są twarde i odporne na niszczenie, inne łatwiej rozpadają się na cienkie płytki i ostrokrawędziste odłamki.
W rejonie Comapedrosa szczególnie interesujące są stare skały paleozoiczne oraz ich złożona historia geologiczna.
Co ciekawe, w parku występują nawet tufy ryolitowe, czyli skały powstałe z materiału wyrzuconego podczas dawnych erupcji wulkanicznych! Należą one do bardziej niezwykłych elementów geologii Andory.
To kolejny dowód, że dzisiejsza spokojna sceneria górskich dolin kryje ślady bardzo burzliwej przeszłości naszej planety.
Podczas wędrówki widziałem liczne skały o szarawych, brunatnych i rdzawych odcieniach, a wyżej ogromne rumowiska złożone z płaskich i kanciastych odłamków. Szczególnie na podejściu pod szczyt krajobraz stawał się coraz bardziej surowy.
Takie kamienne pustkowia powstają między innymi w wyniku niszczenia skał przez wodę, mróz i wahania temperatury. Woda wnika w szczeliny, zamarza, zwiększa objętość i stopniowo rozsadza skalne bloki.
Powstałe w ten sposób odłamki gromadzą się na zboczach, tworząc piarżyska, zwane również stożkami i polami usypiskowymi.
Właśnie na takich kamieniach miałem później ostrożnie stawiać każdy krok podczas końcowego podejścia na Coma Pedrosa.
Lodowce, które wyrzeźbiły pirenejskie doliny
Drugim wielkim rzeźbiarzem Pirenejów był lód.
W czasie plejstocenu znaczne partie tych gór zajmowały lodowce. Wypełniały one wysoko położone kotły i przesuwały się w dół dolin, niosąc ze sobą ogromne ilości skalnego materiału.
Estany de les Truites, niewielkie stawy w dolinie Comapedrosa i wspaniałe Estany Negre są właśnie przykładami krajobrazu, którego historia została zapisana przez lodowce.
Kiedy później patrzyłem na te jeziora, otoczone potężnymi skalnymi zboczami, wyobrażałem sobie ogromne jęzory lodu, które tysiące lat temu wypełniały całą okolicę.
Natura naprawdę potrafi stworzyć niezwykłe dzieła.
Dla mnie to prawdziwy majstersztyk!
Andora. Maleńkie państwo w samym sercu gór
Andora jest jednym z najmniejszych państw Europy. Leży pomiędzy Francją i Hiszpanią, a niemal całe jej terytorium zajmują Pireneje.
Powierzchnia kraju wynosi zaledwie około 468 km², ale na tak niewielkim obszarze znajduje się mnóstwo dolin, przełęczy i wspaniałych szczytów. Wiele z nich przekracza wysokość 2500 metrów.
Najwyższy punkt kraju to właśnie Coma Pedrosa (2942 m n.p.m.), położona w północno-zachodniej części księstwa, w parafii La Massana, niedaleko Arinsal.
Dla turystów największą atrakcją tego kraju są oczywiście góry. Latem przyciągają miłośników trekkingu, a zimą narciarzy. Pomimo rozwiniętej infrastruktury turystycznej można tutaj znaleźć doliny o niezwykle dzikim charakterze, gdzie po odejściu od większych ośrodków pozostaje już tylko cisza, przyroda i górskie ścieżki.
Coma Pedrosa jest również ważnym celem dla zdobywców Korony Europy.
I dlatego właśnie tutaj zaprowadziła mnie moja kolejna podróż.
Park Przyrodniczy Dolin Comapedrosa
Nasza trasa prowadziła przez Parc Natural Comunal de les Valls del Comapedrosa, czyli Komunalny Park Przyrodniczy Dolin Comapedrosa.
Pierwszy obszar chroniony utworzono tutaj w grudniu 2003 roku, a w 2006 roku powstał park w obecnych granicach, obejmujący około 15,4 km².
To niewielki powierzchniowo, ale bardzo cenny przyrodniczo zakątek Pirenejów.
Chronione są tutaj wysokogórskie doliny, lasy, jeziora, torfowiska, potoki, skalne rumowiska oraz liczne gatunki zwierząt i roślin.
Co szczególnie ciekawe, tutejsze tereny podmokłe zostały w 2014 roku wpisane na listę obszarów Ramsar, czyli mokradeł o znaczeniu międzynarodowym.
Naukowcy opisali na terenie parku około siedmiuset taksonów roślin naczyniowych. Niektóre z nich są bardzo rzadkie, a część ma w Andorze wyjątkowo ograniczony zasięg występowania.
Park jest również domem dla wielu górskich zwierząt. W jego granicach żyją między innymi kozice pirenejskie, świstaki i liczne ptaki drapieżne. Wśród najbardziej charakterystycznych mieszkańców pirenejskiego nieba można wymienić sępy oraz majestatycznego orłosępa brodatego.
Nie wszystkie te zwierzęta mieliśmy okazję spotkać, ale sama świadomość, że żyją w otaczającym nas świecie, dodawała wędrówce jeszcze większego uroku.
Wędrowaliśmy przecież przez prawdziwą ostoję wysokogórskiej przyrody.
Z okolic Barcelony do Arinsal. Początek wielkiej przygody
Naszą podróż rozpoczęliśmy w okolicach Barcelony, gdzie znajdował się nasz hotel. Stamtąd ruszyliśmy samochodami w stronę Andory.
Przed nami była długa droga, dlatego na właściwy szlak mogliśmy wyjść dopiero około godziny dziesiątej.
Nie był to szczególnie wczesny start, zwłaszcza jak na październikową wyprawę na niemal trzytysięczny szczyt. Ale takie były realia naszego wyjazdu.
W naszej ekipie było osiem osób, ludzi o podobnych zainteresowaniach, choć z różną kondycją i doświadczeniem górskim. Już od początku atmosfera była znakomita. Dużo rozmawialiśmy, żartowaliśmy i cieszyliśmy się, że wreszcie trafiliśmy w tak niezwykłe góry.
Pogoda była przepiękna. Słońce świeciło mocno, niebo miało cudowny błękitny kolor, a złocące się jesienne lasy tworzyły fantastyczne tło dla otaczających nas grzbietów.
Dojechaliśmy do górnej części Arinsal, gdzie przy hotelu Yomo Patagonia znajdował się parking.
I właśnie tutaj rozpoczęła się nasza dziesięciogodzinna pirenejska przygoda!
Parking przy hotelu Patagonia i punkt informacji turystycznej
Sam hotel Patagonia prezentował się bardzo ciekawie. Jego kamienna bryła, liczne balkony i ciemny dach doskonale pasowały do górskiego otoczenia.
Nad zabudowaniami wznosiły się wysokie szczyty, a po drugiej stronie drogi rozciągały się lasy przybierające już jesienne kolory.
Zostawiliśmy samochody na płatnym parkingu przy hotelu. W rejonie początku trasy znajduje się również punkt informacji parku. To niewielki drewniany budynek z mapami, tablicami i materiałami dotyczącymi przyrody oraz szlaków.
Na jego fasadzie widnieje nazwa Parc Natural Comunal Valls del Coma Pedrosa. Obok stoją drogowskazy kierujące turystów w stronę górskich dolin.
Pawilon w dniu naszej wyprawy był zamknięty, ale zewnętrzne informacje pozwalały zorientować się w przebiegu szlaków i poznać kilka ciekawostek.
Przy okazji zrobiłem pierwsze fotografie, bo przecież każda wielka górska opowieść musi mieć swój początek! 🙂
Przez tunel ku dolinie Comapedrosa
Pierwszy fragment naszej trasy prowadził przez charakterystyczny tunel, związany z infrastrukturą drogową i zaporą w górnej części Arinsal.
Po jego przekroczeniu znaleźliśmy się bliżej właściwego początku górskich szlaków.
W okolicy stały tablice kierunkowe oraz charakterystyczne oznaczenia miejscowych tras. Warto wiedzieć, że system znakowania szlaków w Andorze różni się nieco od znanego nam z Polski.
Spotykaliśmy między innymi biało-czerwone oznaczenia dalekobieżnego szlaku GR11, prowadzącego przez Pireneje, a także żółto-czerwone znaki regionalnych tras GRP. Na części ścieżek pojawiały się również żółte punkty malowane bezpośrednio na skałach.
Dla polskiego turysty to ciekawa odmiana, bo u nas kolor paska szlaku zwykle odróżnia poszczególne trasy, a tutaj kombinacje znaków mają swoje określone znaczenie w całym systemie szlaków.
Mijaliśmy także drogowskazy wskazujące różne kierunki, między innymi w stronę Pla de l’Estany, Estanys Forcats czy Montmantell. Na początku podejścia mogliśmy zaobserwować już pierwszą cudną kaskadę na stromo opadającym potoku…
Nie wszystkie te miejsca znajdowały się na naszej trasie, ale już same ich nazwy pobudzały wyobraźnię.
Wkrótce dotarliśmy do pierwszych punktów widokowych i rozwidleń szlaków. W okolicy doliny spotkaliśmy również pracowników parku, którzy pilnowali porządku i przestrzegania zasad ochrony przyrody.
Co ważne, za samo wejście na teren parku nie płaciliśmy żadnego biletu.
Przed nami otwierała się coraz piękniejsza górska sceneria.
Riu Pollós. Potok, wodospady i pierwsze pirenejskie zachwyty
Początkowo szliśmy przez teren leśny, miejscami tracąc nieco wysokości w stronę doliny potoku Riu Pollós.
To właśnie woda była jedną z pierwszych wielkich atrakcji tej wędrówki.
Potok przeciskał się pomiędzy głazami, spadał po skalnych progach i tworzył urocze kaskady. W niektórych miejscach płynął spokojniej, w innych zamieniał się w białą, pieniącą się kipiel.
Przyglądałem się temu wszystkiemu z ogromną przyjemnością.
Nad wodą wznosiły się ciemniejsze skały, na których rosły sosny i niewielkie krzewy. Pomiędzy nimi przebijały się złociste liście drzew, dodając całemu krajobrazowi niezwykłego kolorytu.
Pierwsze kaskady widzieliśmy jeszcze w świetle dnia. Nie przypuszczałem wtedy, że podczas powrotu trafimy na jeszcze bardziej widowiskowy odcinek potoku, pełen drewnianych kładek i wodospadów, ale będziemy go już pokonywać po ciemku.
Na razie cieszyliśmy się każdą chwilą.
W pobliżu ścieżki pojawiały się również potoki spływające z wyższych partii masywu. Wody Riu de Comapedrosa pokonywały skalne progi, przypominając, jak wielkie znaczenie mają tutaj lodowcowe doliny i górskie strumienie.
W takim miejscu trudno nie poczuć wielkiego respektu dla przyrody.
Woda od tysięcy lat rzeźbi te skały, a człowiek jest tylko chwilowym gościem w jej królestwie.
Strome podejście przez jesienny las
Po przejściu dolnej części doliny zaczęło się bardziej wymagające podejście.
Szlak piął się ostro w górę, prowadząc między korzeniami drzew, skałami i nierównymi kamiennymi stopniami.
Miejscami było naprawdę stromo, ale ścieżka pozostawała dość dobrze widoczna i nie sprawiała większych problemów orientacyjnych.
Wciąż otaczał nas las, choć z każdym kolejnym metrem krajobraz stopniowo się zmieniał.
I jakież tam były kolory!
Złociste liście, rude trawy, brunatne krzewy, czerwienie jarzębin i ciemna zieleń sosen tworzyły niezwykłą kompozycję.
Szczególnie urzekały mnie jarzębiny.
Ich gałęzie uginały się od czerwonych owoców, a liście przybrały najpiękniejsze jesienne barwy. Na tle szarych skał wyglądały jak płonące pochodnie.
Co chwilę zatrzymywałem się, żeby zrobić kolejne zdjęcie.
Wielokrotnie powtarzałem już na blogu, że najpiękniejsze góry to nie zawsze te najwyższe. Czasami zwyczajny zakręt ścieżki, mały wodospad czy samotne drzewo potrafią oczarować człowieka bardziej niż słynny wierzchołek.
Ale tutaj miałem wszystko naraz!
I wielkie góry, i magiczne lasy, i fantastyczne kolory, i szumiące potoki.
Pierwsze spotkanie z Pirenejami zapowiadało się naprawdę niezwykle.
Jesienne kwiaty w Pirenejach. Krokusy, zimowity i goryczki
Jednym z największych przyrodniczych zaskoczeń były dla mnie kwiaty.
Tak, kwiaty w październiku!
Pośród wyschniętych traw, skalnych odłamków i jesiennych zarośli spotykaliśmy rośliny, które wyglądały tak, jakby dopiero rozpoczynały swój sezon.
Najpierw moją uwagę przyciągnęły przepiękne, głęboko niebieskie kielichy goryczek. Ich intensywna barwa była wręcz niesamowita. Na tle brunatnych traw i jasnych kamieni wyglądały jak maleńkie szafirowe klejnoty.
Uwielbiam takie wysokogórskie kwiaty!
Goryczki potrafią zachwycić swą barwą nawet najbardziej doświadczonego wędrowca. Ich kielichowate kwiaty bywają tak intensywnie niebieskie, że trudno uwierzyć, iż ten kolor stworzyła sama natura.
Ale na tym niespodzianki się nie skończyły.
Zobaczyłem również piękne fioletowe krokusy jesienne oraz delikatne różowoliliowe zimowity.
Co ciekawe, w Pirenejach jesień wcale nie oznacza końca kwitnienia. Krokusy jesienne, w tym występujący tutaj Crocus nudiflorus, potrafią zakwitać od końca lata aż do listopada. Z kolei zimowity, między innymi pirenejski Colchicum montanum, znany również jako Merendera pyrenaica, rozwijają swoje delikatne kwiaty na górskich murawach właśnie jesienią.
Choć wyglądają podobnie, krokusy i zimowity należą do różnych rodzin roślin. Jedną z cech pozwalających je odróżnić jest liczba pręcików. Krokusy mają ich trzy, a zimowity sześć.
Dla mnie jednak najpiękniejszy był sam widok tych kwiatów, wyrastających pośród jesiennych traw i kamieni.
Niebieskie, fioletowe i różowe drobiazgi, a nad nimi wielki świat skalnych grani.
Czyż nie jest to prawdziwa magia przyrody?
Warto też wiedzieć, że wiele wysokogórskich roślin przystosowało się do bardzo krótkiego okresu wegetacji. Potrafią wykorzystać nawet niewielkie okno sprzyjającej pogody, a niektóre kwitną właśnie wtedy, gdy większość ich sąsiadów zakończyła już sezon.
Dzięki temu jesienne Pireneje mogą zaskoczyć nie tylko kolorami drzew, ale także kwiatami.
Moje fotografie najlepiej pokazują, jak niezwykły to był widok.
Collet de Comapedrosa. Z lasu w otwartą przestrzeń
Po kolejnych stromych odcinkach dotarliśmy w rejon Collet de Comapedrosa, na wysokości około 2222 m n.p.m.
Tutaj krajobraz zaczął się wyraźnie otwierać.
Las ustępował miejsca trawom, niskim zaroślom i skalnym zboczom, a ponad nami piętrzyły się już znacznie wyższe grzbiety.
Zrobiliśmy kilka zdjęć, rozglądając się z zachwytem po okolicy.
To było jedno z tych miejsc, w których człowiek nagle orientuje się, jak wysoko zaszedł. Dolina zostaje daleko w dole, a otaczające szczyty zaczynają ukazywać swoje surowe oblicze.
W pobliżu znajdowało się też nasze kolejne miejsce odpoczynku.
Refugi de Comapedrosa.
I właśnie tam czekała na nas bardzo przyjemna niespodzianka.
Refugi de Comapedrosa. Gorąca kawa, drugie śniadanie i górska sielanka
Refugi de Comapedrosa to schronisko położone na wysokości około 2265 m n.p.m., w niezwykle malowniczym otoczeniu wysokich pirenejskich grzbietów.
Kamienny budynek z ciemnym dachem pięknie komponuje się z górskim krajobrazem. Wokół rozciągają się trawiaste wypłaszczenia, niewielkie skałki i rozległe przestrzennie doliny.
Schronisko należy do najważniejszych punktów turystycznych tej części Andory. Znajduje się na trasach prowadzących w stronę Coma Pedrosa, sąsiednich przełęczy i wysokogórskich jezior.
W oficjalnym sezonie oferuje noclegi, wyżywienie i podstawowe zaplecze dla turystów. Zwykle jego obsługiwany sezon obejmuje miesiące od czerwca do września.
Tym większe było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że w październiku schronisko również było otwarte!
Co więcej, działał niewielki bufet.
No to mieliśmy szczęście!
Nie trzeba było nas dwa razy namawiać. Zamówiliśmy gorącą kawę i rozłożyliśmy się z drugim śniadaniem.
Jakże ona smakowała w takim miejscu!
Dookoła piętrzyły się majestatyczne góry, nad nami świeciło cudowne jesienne słońce, a nasza ośmioosobowa ekipa tryskała humorem.
Były rozmowy, żarty, wspólne podziwianie widoków i ta niepowtarzalna atmosfera, którą znają wszyscy miłośnicy górskich schronisk.
Niektórzy korzystali z ciepłych promieni słońca niemal jak na wakacyjnym tarasie.
I trudno im się dziwić!
Październik, wysokość ponad dwóch tysięcy metrów, a my siedzieliśmy sobie wygodnie, piliśmy kawę i cieszyliśmy się pięknem Pirenejów.
To było prawdziwe górskie święto.
Takie chwile są dla mnie równie ważne jak zdobywanie szczytów. Czasem człowiek zapamiętuje z wyprawy nie tylko panoramę z wierzchołka, ale także smak gorącej kawy, śmiech przyjaciół i atmosferę słonecznego popołudnia przy schronisku.
Spędziliśmy tutaj około pół godziny.
I trzeba przyznać, że była to jedna z najprzyjemniejszych przerw całego dnia.
Ośmioosobowy schron. Skromne, ale potrzebne schronienie
Przy okazji postanowiłem obejrzeć dokładniej również zaplecze schroniska.
Szczególnie zainteresował mnie niewielki, ogólnodostępny schron z miejscami do spania dla ośmiu osób.
Zajrzeliśmy do środka.
Znajdowały się tam proste, piętrowe prycze. Warunki były bardzo skromne, ale przecież takie miejsce ma zupełnie inne zadanie niż wygodny hotel.
W górach nawet najprostsze schronienie może okazać się niezwykle ważne, kiedy pogoda nagle się załamie, zacznie padać śnieg albo człowiek z jakiegoś powodu nie może kontynuować marszu.
Warto jednak pamiętać, że dostępność takich miejsc i zasady korzystania z nich mogą się zmieniać. Nie należy traktować ich jako gwarantowanego noclegu bez wcześniejszego sprawdzenia aktualnych informacji.
Dla mnie sam widok tego niewielkiego pomieszczenia był kolejnym ciekawym doświadczeniem.
Podczas swoich wędrówek zawsze lubię zaglądać do górskich schronów, bacówek i chat. Każda z takich budowli przypomina, jak wiele wysiłku człowiek wkładał przez wieki w oswajanie górskiej przestrzeni.
Tym razem jednak miałem jeszcze jeden mały cel.
Tuż obok schroniska znajdowało się jezioro.
Nie mogłem przecież go przegapić!
Estany de les Truites. Pięć minut nad Jeziorem Pstrągów
Estany de les Truites, czyli po polsku Jezioro Pstrągów, leży w pobliżu Refugi de Comapedrosa, w urokliwym polodowcowym zagłębieniu.
Jego nazwa wywodzi się z języka katalońskiego. Słowo „estany” oznacza jezioro lub staw, a „truites” to pstrągi.
Postanowiłem więc wykorzystać naszą przerwę i wybrać się na krótką wycieczkę nad wodę.
Dojście zajęło mi około pięciu minut. Poszedł ze mną lider wyprawy Piotrek.
Znalazłem się w miejscu, które od razu mnie oczarowało.
Niewielka tafla jeziora leżała spokojnie pośród górskich traw i skał, a nad nią wznosiły się wysokie grzbiety. Woda odbijała otaczający krajobraz, tworząc kolejną piękną scenę w tej niezwykłej pirenejskiej przygodzie.
Takie jeziora są jednymi z najcenniejszych pamiątek po lodowcach. Powstały w zagłębieniach skalnych wyżłobionych przez lód, który tysiące lat temu wypełniał doliny.
Po jego ustąpieniu pozostały malownicze zbiorniki wodne, dziś nadające wysokim partiom Pirenejów wyjątkowego uroku.
Stałem nad Estany de les Truites i cieszyłem się jak dziecko.
Przecież właśnie o takich miejscach marzyłem od lat!
Zrobiłem kilka fotografii i nacieszyłem oczy widokiem.
Najchętniej posiedziałbym tam znacznie dłużej, ale czas niestety płynął nieubłaganie.
A nasi towarzysze zaczęli już dalsze podejście.
Trzeba było wracać.
Pośpiech po odpoczynku. Początek nieoczekiwanych kłopotów
Kiedy ponownie znalazłem się na głównej trasie, zobaczyłem, że reszta grupy oddaliła się już kawałek w górę.
Postanowiłem więc nieco przyspieszyć kroku i dogonić towarzyszy.
Po około półgodzinnym odpoczynku przy schronisku, kawie, drugim śniadaniu i spokojnej wycieczce nad jezioro ruszyłem zdecydowanie żwawiej na kolejne, bardziej strome podejście.
I właśnie wtedy zaczęły się moje problemy.
Nagle poczułem bardzo silny skurcz mięśnia uda.
Zatrzymałem się.
Pomyślałem, że to chwilowa niedyspozycja. Rozmasowałem nogę, spróbowałem delikatnego rozciągania i po chwili ruszyłem dalej.
Niestety ból szybko wrócił.
A potem pojawiły się kolejne skurcze.
Nie mogłem uwierzyć, co się dzieje!
Przecież jeszcze niedawno czułem się znakomicie. Mimo że przez ostatnie dwa miesiące miałem przerwę od górskich wędrówek i trochę obawiałem się o plecy, biodra oraz kolana, dotychczasowy odcinek pokonałem bez większych problemów.
A teraz nagle nogi zaczęły odmawiać współpracy.
Najgorsze było zginanie kolan. Każdy wyższy kamień, każdy skalny stopień i każde mocniejsze uniesienie nogi mogły wywołać kolejny bolesny skurcz.
Musiałem więc wypatrywać odpowiednich miejsc do postawienia stopy. Wybierałem możliwie płaskie kamienie, starając się ograniczyć zginanie nóg.
Przeszedłem kawałek.
Usiadłem.
Rozmasowałem mięśnie.
Znowu ruszyłem.
I znowu musiałem się zatrzymać.
Przez głowę zaczęły przechodzić coraz mniej optymistyczne myśli.
Czy rzeczywiście będę musiał zawrócić?
Czy dam radę zejść o własnych siłach?
W pewnym momencie wyobraziłem sobie nawet, że moja wymarzona pirenejska wyprawa zakończy się koniecznością wezwania ratowników i ewakuacją helikopterem.
Nie była to szczególnie przyjemna perspektywa.
Zastanawiałem się, czy przypadkiem mięśnie nie rozluźniły się zbyt mocno podczas dłuższego odpoczynku i czy późniejszy pośpiech nie przyczynił się do problemów. Nie mogłem jednak wiedzieć, co dokładnie wywołało te skurcze.
Wiedziałem tylko, że nie mogę iść tak szybko jak pozostali.
W końcu postanowiłem zadzwonić do Piotrka.
Telefon do Piotrka. „Idź własnym tempem”
Zadzwoniłem do naszego lidera i opowiedziałem mu, co się dzieje.
Piotrek spokojnie mnie wysłuchał i dodał otuchy.
Zachęcał, żebym nie próbował doganiać wszystkich za wszelką cenę. Żebym szedł powoli, krok za kroczkiem, obserwując swoje możliwości.
Te słowa bardzo mi pomogły.
Nie sprawiły oczywiście, że ból nagle zniknął, ale pozwoliły mi spojrzeć na sytuację z innej strony.
Przecież nie musiałem za wszelką cenę zdobywać szczytu!
Byłem w samym sercu Pirenejów. Dookoła rozciągały się cudowne krajobrazy, a przede mną znajdowały się jeszcze piękne górskie jeziora.
Postanowiłem więc zmienić plan.
Moim nowym celem miało być Estany Negre.
Czarne Jezioro.
Jeśli zdołam dojść przynajmniej tam, i tak zobaczę znacznie więcej, niż mógłbym się spodziewać w chwili pierwszych bolesnych skurczów.
A potem zdecyduję, co dalej.
Nie zamierzałem ignorować własnych ograniczeń ani ryzykować za wszelką cenę. Chciałem po prostu spokojnie oceniać swoje możliwości podczas marszu.
Wiedziałem też, że gdzieś przede mną znajduje się nasza ekipa, a Mariolka pozostaje w zasięgu wzroku, obserwując moje postępy.
To dodawało mi otuchy.
I tak rozpocząłem kolejny etap wyprawy.
Powoli.
Bardzo powoli.
Własnym tempem.
Czy Duch Gór przewidział tę przygodę?
I tutaj muszę wspomnieć o czymś, co dzisiaj wydaje mi się wręcz niezwykłym zbiegiem okoliczności.
Zaledwie kilka tygodni przed wyjazdem, 21 sierpnia 2026 roku, opublikowałem na blogu ósmą Księgę „Kronik Ducha Gór”, zatytułowaną „Własnym tempem”.
Pisałem w niej o tym, że wraz z upływem lat człowiek zaczyna inaczej patrzeć na górskie wyprawy. Nadal chce poznawać nowe miejsca i zdobywać szczyty, ale coraz lepiej rozumie, że nie musi już ścigać się z innymi.
Nie musi też udowadniać sobie, że potrafi chodzić tak samo jak dwadzieścia lat wcześniej.
Najważniejsze jest odnalezienie własnego rytmu, który pozwala cieszyć się górami jak najdłużej.
Kiedy tworzyłem tamtą rozmowę z Duchem Gór, nawet przez moment nie przypuszczałem, że tak szybko przyjdzie mi sprawdzić jej przesłanie w praktyce.
A teraz wędrowałem wysoko w Pirenejach, daleko za przyjaciółmi, z obolałymi nogami i wielkim marzeniem wciąż unoszącym się gdzieś ponad moją głową.
Czyżby Duch Gór chciał mi coś przypomnieć?
Uśmiechnąłem się do własnych myśli.
Przecież właśnie o tym pisałem!
Nie muszę być pierwszy.
Nie muszę iść cudzym tempem.
Mogę przeżywać swoją górską przygodę tak, jak pozwalają mi na to siły.
I chyba właśnie ta myśl okazała się jednym z ważniejszych odkryć całej wyprawy.
Zakręt w prawo i pierwsza prawdziwa ulga
Po kolejnym odcinku podejścia trasa wykonała wyraźny skręt w prawo.
I nagle teren stał się nieco łagodniejszy!
Zamiast stromych, kamienistych stopni przede mną pojawiło się bardziej rozległe wypłaszczenie.
Mogłem wreszcie swobodniej stawiać nogi, a do tego otoczyła mnie niezwykle piękna wysokogórska sceneria.
Nad złocistymi trawami i niewielkimi kępami roślinności piętrzyły się ogromne skalne grzbiety. Pomiędzy nimi znajdowały się płytkie zagłębienia, oczka wodne i kamieniste potoki.
Było tu zupełnie inaczej niż w dolnym, zalesionym piętrze doliny.
Niskie krzewy przybierały brunatne i rude barwy, a miejscami pojawiały się jeszcze drobne kwiaty, których widok w październiku wciąż mnie zadziwiał.
Szedłem powoli, robiąc częste postoje.
Mijałem innych turystów. Spotykałem ludzi z Hiszpanii, Anglii i Niemiec, którzy podobnie jak ja postanowili wykorzystać piękną pogodę na górską wędrówkę.
Niektórzy zmierzali ku szczytowi, inni wracali już z wyższych partii masywu.
A ja z każdym kolejnym krokiem cieszyłem się coraz bardziej, że mimo problemów udało mi się dotrzeć tak wysoko. Minąłem ciekawy kamienny murek, zapewne wybudowany przez miłośników zachodów słońca!
Estanys de Comapedrosa i Basses de l’Estany Negre. Małe perły wśród skał
Wkrótce znalazłem się w rejonie niewielkich wysokogórskich stawów.
To świat, który bardzo lubię.
Nieduże oczka wodne, trawiaste wypłaszczenia, skały i cisza, którą od czasu do czasu przerywa tylko szum potoku.
W górnej części doliny znajdują się niewielkie zbiorniki związane z systemem Estanys de Comapedrosa i Basses de l’Estany Negre.
Po drodze mijałem dwa szczególnie malownicze stawy, jeden mniejszy, drugi większy. Ich spokojna woda odbijała otaczające grzbiety, a na brzegach leżały jasne i ciemne kamienie.
Miejscami tafla miała głęboki granatowy kolor, gdzie indziej przechodziła w delikatną zieleń.
Wyglądało to przepięknie!
Właśnie tutaj jeszcze mocniej poczułem, że jestem w górach ukształtowanych przez dawne lodowce. Każde takie zagłębienie, kamienny próg czy niewielka misa wodna przypominało o czasie, kiedy cały ten świat znajdował się pod ogromnymi masami lodu.
Dla miłośnika krajoznawstwa takie miejsca są prawdziwym skarbem.
A dla mnie były dodatkowo nagrodą za wysiłek, który kosztował mnie znacznie więcej, niż się spodziewałem.
Z każdym krokiem zbliżałem się do celu wyznaczonego podczas pierwszych skurczów.
Czarne Jezioro było już niedaleko.
Estany Negre. Jezioro, które miało być moim szczytem
Wreszcie stanąłem nad Estany Negre, czyli Czarnym Jeziorem.
Co za cudowne miejsce! Zobaczyłem go i stanąłem jak wryty… zaniemówiłem z wrażenia!
Jezioro leży na wysokości około 2590 metrów, w surowej wysokogórskiej kotlinie otoczonej skalistymi zboczami Comapedrosa.
Jego tafla ma niezwykły ciemnogranatowy odcień, który w zależności od oświetlenia może przechodzić w głęboką zieleń lub niemal czarną barwę.
Wysokie ściany skalne schodzą tutaj blisko wody, a wokół brzegów zalegają ogromne ilości kamiennego materiału.
Nie ma tutaj lasów, wygodnych alejek ani rozległych łąk. Jest za to prawdziwy, dziki świat wysokich Pirenejów.
Kiedy patrzyłem na Estany Negre, trudno było oderwać wzrok od tego krajobrazu.
Słońce odbijało się w wodzie tysiącami drobnych błysków. Ponad jeziorem piętrzyły się ogromne zbocza, a dalej wznosiły się jeszcze wyższe grzbiety, które prowadziły ku upragnionemu szczytowi.
To właśnie tutaj miałem zakończyć swoją wędrówkę.
Taki był mój plan minimum.
Usiadłem więc na chwilę, odpocząłem i nacieszyłem się widokiem.
Czułem ogromną satysfakcję.
Przecież jeszcze niedawno zastanawiałem się, czy w ogóle dam radę kontynuować marsz. Tymczasem dotarłem do jednego z najpiękniejszych jezior w całej okolicy!
I wtedy zacząłem spoglądać coraz częściej w górę.
W stronę Coma Pedrosa.
Czyżby jednak udało się pójść dalej?
Dziś, gdy siedzę przed komputerem, spisuję wspomnienia z tej niezwykłej wyprawy i dobieram fotografie, wciąż zdarza mi się ocierać łzy wzruszenia. Wystarczy, że wrócę myślami do chwili, gdy stanąłem nad Czarnym Jeziorem, a wszystko odżywa na nowo. Tamte emocje, zmęczenie, piękno surowych Pirenejów i cicha nadzieja, że może jednak uda mi się dotrzeć na szczyt. Minęło już kilka dni, a ja nadal przeżywam tę drogę tak mocno, jakbym wciąż nią wędrował. I chyba właśnie w tym tkwi największa magia gór — że niektóre chwile pozostają w człowieku na zawsze, a wspomnienie potrafi wzruszyć równie mocno jak samo przeżycie.
W stronę Portella de Baiau. Coraz bliżej granicy z Hiszpanią
Za Estany Negre szlak prowadził już przez znacznie bardziej surowy teren.
Strome zbocza, kamienne rumowiska i skalne stopnie wymagały dużej ostrożności.
Mimo problemów z mięśniami ruszyłem dalej.
Wiedziałem, że muszę oszczędzać siły, więc każdy krok wykonywałem możliwie spokojnie.
W pewnym momencie dotarłem do miejsca, z którego można było kontynuować wędrówkę w stronę Portella de Baiau, wysokiej przełęczy na granicy Andory z Hiszpanią.
Sama przełęcz leży na wysokości około 2756 metrów, choć na różnych mapach i w opisach spotyka się także nieco inne wartości.
Po hiszpańskiej stronie otwiera się piękny wysokogórski świat doliny Baiau, z jej jeziorami i kolejnymi potężnymi wierzchołkami.
W pobliżu przełęczy przebiega słynny pirenejski szlak GR11, łączący wiele niezwykłych miejsc po południowej stronie pasma.
Ja jednak nie dotarłem do samej Portella de Baiau.
Nie chciałem dokładać sobie niepotrzebnych metrów, skoro każda kolejna stromizna kosztowała mnie tak wiele wysiłku.
Wybrałem drogę prowadzącą bezpośrednio w stronę wierzchołka Coma Pedrosa.
Zatrzymałem się przy drogowskazie na dłuższy odpoczynek.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co ostatecznie dodało mi odwagi.
Trzydzieści minut do marzenia
Spojrzałem w górę.
Na szczycie zobaczyłem pierwszych uczestników naszej wyprawy!
Byli już na miejscu.
Serce od razu zabiło mi mocniej.
Przecież cel był tak blisko!
Sięgnąłem po telefon i otworzyłem aplikację Mapy.com, żeby sprawdzić, ile drogi pozostało mi do wierzchołka.
Na ekranie pojawiło się około trzydziestu minut.
Trzydzieści minut!
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że przy moim tempie może to potrwać dłużej. Ale nawet jeśli miałbym iść godzinę, perspektywa zdobycia szczytu stała się nagle znacznie bardziej realna.
Sprawdziłem godzinę.
Pomyślałem, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze, mam szansę znaleźć się na wierzchołku jeszcze przed szesnastą.
Do zmroku pozostawało trochę czasu, choć oczywiście czekało nas później jeszcze długie zejście.
Popatrzyłem ponownie na Coma Pedrosa.
Przecież marzyłem o Pirenejach od lat dziewięćdziesiątych!
A teraz, kiedy mój wymarzony szczyt znajdował się tak blisko, miałem po prostu zawrócić?
Nie chciałem rezygnować bez spróbowania ostatniego podejścia.
Odpocząłem, zebrałem siły i ruszyłem.
Ostatnie piargi. Kamienne królestwo Coma Pedrosa
Końcowe podejście prowadziło przez rozległe pola luźnych kamieni i piargów.
Był to jeden z najbardziej wymagających fragmentów całej trasy.
Szlak przecinał strome zbocza, w niektórych miejscach niemal całkowicie pozbawione roślinności. Dookoła leżały tysiące płaskich, kanciastych odłamków skalnych, które potrafiły przesuwać się pod stopami.
Trzeba było bardzo uważać.
Dla mnie dodatkowym problemem były skurcze, które nadal od czasu do czasu dawały o sobie znać.
Każde większe zgięcie nogi mogło zakończyć się nagłym bólem, dlatego musiałem dokładnie planować kolejne kroki.
Nie mogłem już podziwiać krajobrazu tak swobodnie jak wcześniej.
Przede wszystkim patrzyłem pod nogi.
Kamień po kamieniu.
Krok po kroku.
Miejscami drogę wskazywały oznaczenia malowane na skałach, które pomagały odnaleźć właściwy przebieg ścieżki pośród kamiennych rumowisk.
Przyznam, że byłem już naprawdę zmęczony.
Jednak im wyżej dochodziłem, tym mocniej rosła we mnie nadzieja.
Nagle teren zaczął się nieco wypłaszczać.
Przede mną pojawił się drogowskaz.
A dalej zobaczyłem znajome sylwetki ludzi.
Moich górskich kompanów! 🙂
Coma Pedrosa (2942 m). Sześć godzin, oklaski i pierwsze łzy na szczycie
I wreszcie się udało!
Po około sześciu godzinach od rozpoczęcia wędrówki dotarłem w pobliże wierzchołka Coma Pedrosa.
Kiedy zobaczyłem pierwszy drogowskaz, podszedłem do niego i pocałowałem go jak najbliższą osobę!
Naprawdę!
Byłem tak szczęśliwy, że trudno było zapanować nad emocjami.
Nagle usłyszałem oklaski.
Moi towarzysze zaczęli bić brawo i wołać do mnie, że właściwy szczyt znajduje się jeszcze kawałeczek dalej, przy charakterystycznym obelisku z flagą Andory.
Spojrzałem w ich stronę.
I wtedy stało się coś, czego nigdy wcześniej nie przeżyłem na żadnym górskim wierzchołku.
Do oczu napłynęły mi łzy.
Rozpłakałem się ze szczęścia!
Nie potrafiłem powstrzymać wzruszenia.
Przez ostatnie godziny zmagałem się z bólem, zwątpieniem i myślami o rezygnacji. Jeszcze niedawno szukałem odpowiednich kamieni, na których mogłem postawić stopę bez wywoływania kolejnego skurczu.
A teraz stałem na najwyższym szczycie Andory!
I do tego w miejscu, o którym marzyłem od tylu lat.
Czułem ogromną radość, dumę, wzruszenie i wdzięczność wobec ludzi, którzy dodawali mi otuchy.
Te oklaski przyjaciół znaczyły dla mnie naprawdę wiele.
W pewnej chwili miałem ochotę rozpłakać się jak małe dziecko.
I wcale się tego nie wstydzę!
Góry potrafią czasami wyzwolić w człowieku emocje, których nie doświadcza nigdzie indziej.
Dla mnie był to jeden z takich momentów.
Po chwili dotarłem do właściwego wierzchołka i stanąłem przy charakterystycznym kamiennym obelisku.
Coma Pedrosa.
2942 m n.p.m.
Najwyższy szczyt Andory.
Kolejny wierzchołek Korony Europy zdobyty!
Przez dłuższą chwilę nie myślałem już o zmęczeniu ani skurczach. Byłem po prostu szczęśliwy.
Panorama z dachu Andory. Pireneje aż po horyzont
Kiedy trochę ochłonąłem, zacząłem spokojniej rozglądać się po okolicy.
A widoki były naprawdę niesamowite!
W którą stronę nie spojrzałem, wszędzie piętrzyły się kolejne pasma i grzbiety.
Jedne szczyty wznosiły się tuż obok nas, prezentując potężne skalne ściany i ostre granie. Inne rozciągały się daleko na horyzoncie, przybierając coraz delikatniejsze odcienie błękitu.
Poniżej widziałem ogromne doliny, kamienne rumowiska i wysokogórskie kotły ze stawami.
Z jednej strony dominował surowy świat skalnych szczytów, z drugiej ukazywały się bardziej łagodne, trawiaste grzbiety i głębokie, zalesione doliny.
Cóż za majestat!
Przez wiele lat oglądałem Pireneje w telewizji, a teraz sam stałem w środku tego niezwykłego świata.
Chciałem zapamiętać wszystko.
Każdą grań.
Każdy odległy wierzchołek.
Każdą dolinę rozciągającą się u naszych stóp.
Na szczęście na szczycie znajduje się coś, co bardzo pomaga w poznawaniu otaczającego krajobrazu.
Panoramiczne tablice orientacyjne. Poniżej filmik z panoramą ze szczytu…
Obelisk na Coma Pedrosa. Wielka mapa otaczających gór
Na najwyższym szczycie Andory stoi charakterystyczny obelisk, wokół którego umieszczono tablice z dokładnymi opisami panoram.
To bardzo ciekawa atrakcja krajoznawcza.
Na poszczególnych tablicach znajdują się fotografie rzeczywistych widoków, nazwy szczytów, ich wysokości oraz orientacyjne odległości od Coma Pedrosa.
Dzięki temu można rozpoznawać otaczające wierzchołki i dowiedzieć się, jak daleko sięgają nasze spojrzenia.
Na tablicach zaznaczono także strony świata i azymuty, co ułatwia orientację w terenie.
Przyznam, że dla mnie był to prawdziwy skarb!
Uwielbiam wiedzieć, na jakie góry patrzę. Sama piękna panorama robi ogromne wrażenie, ale kiedy potrafimy rozpoznać poszczególne wierzchołki, cały krajobraz zaczyna nabierać dodatkowego znaczenia.
Na zachód. Najwyższy szczyt Pirenejów
Na północnym horyzoncie wyróżniają się wysokie szczyty położone w rejonie pogranicza Andory, Hiszpanii i Francji.
Cały ten obszar tworzy niezwykle bogatą mozaikę skalnych grzbietów, głębokich dolin i wysokogórskich przełęczy.
Patrząc w tamtą stronę, wyobrażałem sobie, ile jeszcze pięknych szlaków kryje się w tych górach.
Szczególnie zainteresowała mnie tablica obejmująca zachodnią część panoramy.
Odszukałem na niej nazwę, którą dobrze znałem od wielu lat.
Pico de Aneto!
Najwyższy szczyt całych Pirenejów, osiągający 3404 m n.p.m.
Według szczytowej tablicy dzieliło nas od niego około 64,5 kilometra.
To naprawdę niezwykłe uczucie stać na najwyższej górze jednego państwa i patrzeć w stronę najwyższego wierzchołka całego potężnego pasma!
Patrzyłem w stronę Aneto z ogromnym zainteresowaniem.
Kto wie, może kiedyś i tam uda się dotrzeć?
Górskich marzeń nigdy przecież nie może zabraknąć!
Kiedy tak obracałem się wokół szczytowego obelisku, miałem wrażenie, że oglądam ogromny atlas Pirenejów rozłożony dookoła mnie.
Tyle nazw!
Tyle wierzchołków!
Tyle miejsc, które czekają na odkrycie!
I pomyśleć, że był to dopiero mój pierwszy dzień w tych górach.
La gran fita. Symboliczny kamienny pomnik na najwyższym szczycie Andory
Sam szczytowy obelisk ma również bardzo ciekawą historię.
Znajduje się tutaj instalacja artystyczna La gran fita, którą stworzył Joan Canal.
Dzieło odsłonięto 28 września 2014 roku.
Artysta postanowił wykorzystać motyw kamieni odbywających swoją wielką podróż z wysokich gór w stronę morza.
To piękna symbolika związana z działaniem natury.
Przecież właśnie w górach rozpoczyna się wędrówka niezliczonych okruchów skalnych. Woda, mróz i erozja odrywają je od potężnych ścian, a następnie potoki i rzeki przenoszą je coraz dalej. Podczas tej podróży ostre krawędzie kamieni stopniowo się zaokrąglają.
Z wielkich gór trafiają do dolin, potem do coraz większych rzek, aż w końcu część ich materiału dociera do morza.
Niezwykła historia, prawda?
W środku szczytowego punktu orientacyjnego znajduje się właśnie ten symboliczny kamienny monument.
Kiedy stałem obok niego z flagą Andory, nie wiedziałem jeszcze o wszystkich tych szczegółach. Dzisiaj odkrywanie historii tego miejsca sprawia mi dodatkową radość.
Warto też wspomnieć, że pierwsze udokumentowane wejście na Coma Pedrosa miało miejsce 22 września 1858 roku.
Dokonało go sześciu członków hiszpańsko-andorskiej komisji zajmującej się wyznaczaniem granicy między krajami.
Na pamiątkę tego wydarzenia dzień 22 września obchodzony jest jako Dzień Parku Comapedrosa.
I pomyśleć, że ponad półtora wieku później na tym samym szczycie stanąłem również ja, zwykły polski górołaz spełniający swoje wielkie marzenie! 🙂
Korona Europy, wspólne zdjęcia i wielka radość naszej ekipy
Na szczycie spędziliśmy trochę czasu na odpoczynku, fotografowaniu i podziwianiu niezwykłych widoków.
Oczywiście nie mogło zabraknąć wspólnych zdjęć.
Zrobiliśmy pamiątkową fotografię całej ośmioosobowej ekipy z transparentem Klubu Turystycznego Gdzie Buty Poniosą.
Jakież to było piękne zwieńczenie naszego wysiłku!
Dookoła rozciągały się ogromne Pireneje, nad nami płynęły białe chmury, a przy obelisku powiewała flaga Andory.
Na twarzach wszystkich malowała się radość.
Każdy przecież miał za sobą długie podejście i własne przeżycia.
Dla mnie ten moment miał jeszcze większe znaczenie, bo właśnie tutaj udało mi się zdobyć kolejny wierzchołek w moim projekcie Korony Europy.
To przedsięwzięcie polegające na poznawaniu najwyższych szczytów europejskich państw.
Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrealizować cały ten plan.
Ale przecież nie o samą listę chodzi!
Korona Europy jest dla mnie przede wszystkim piękną motywacją do podróżowania, odkrywania nowych gór, poznawania odległych zakątków kontynentu i przeżywania niezapomnianych przygód.
A Coma Pedrosa pokazała mi, jak wiele emocji może przynieść jedna taka wyprawa.
Odpocząłem, zjadłem coś i zrobiłem jeszcze kilka zdjęć.
Najchętniej pozostałbym na wierzchołku znacznie dłużej.
Niestety słońce powoli zaczynało zniżać się ku zachodowi.
A przed nami było jeszcze długie zejście.
Powrót ze szczytu. Jeszcze raz przez kamienne piargi
W drogę powrotną ruszyliśmy zasadniczo tą samą trasą, którą wcześniej podchodziliśmy na Coma Pedrosa.
Pierwszy fragment prowadził po stromych piargach.
I przyznam szczerze, że przy moich problemach z mięśniami zejście po takim terenie było bardzo wymagające.
Kamienie miejscami przesuwały się pod butami, a każdy gwałtowniejszy ruch mógł wywołać kolejny skurcz.
Musiałem więc bardzo uważać.
Schodziliśmy powoli, szukając stabilnych miejsc do stawiania stóp.
Dopiero kiedy udało się pokonać najtrudniejszy odcinek, poczułem większą ulgę.
Zauważyłem też coś ciekawego.
Im dłużej schodziłem, tym lepiej zaczynały pracować moje nogi.
Jakby mięśnie stopniowo odzyskiwały swoją sprawność.
Skurcze pojawiały się coraz rzadziej, a ja mogłem poruszać się znacznie swobodniej niż podczas podejścia.
To było ogromnie przyjemne uczucie!
Jednak wciąż potrzebowałem trochę pomocy.
Na szczęście miałem obok siebie dobrych ludzi.
Pomoc Pawła i wsparcie przyjaciół
Podczas zejścia bardzo pomógł mi Paweł.
W pewnym momencie zajęliśmy się rozluźnianiem i rozciąganiem moich nóg w sposób przypominający zabiegi, jakie można zobaczyć na boiskach piłkarskich, kiedy zawodników łapią bolesne skurcze.
Po takim odpoczynku poczułem wyraźną ulgę.
Mogłem kontynuować zejście znacznie sprawniej.
Oczywiście nadal musiałem uważać, ale najgorsze chwile zdawały się powoli odchodzić w przeszłość.
Bardzo doceniałem również postawę całej naszej grupy.
Pierwotnie planowaliśmy nieco inny wariant trasy powrotnej, ale moje kłopoty z nogami sprawiły, że musieliśmy zmienić te zamierzenia.
I wiecie co?
Nikt nie narzekał!
Nikt nie robił z tego problemu.
Wszyscy rozumieli sytuację.
Takie chwile pokazują, jak wielkie znaczenie ma dobra atmosfera i wzajemne wsparcie podczas górskich wypraw.
Wielu ludzi potrafi zdobywać wysokie szczyty, ale nie każdy umie zadbać o towarzysza, który znalazł się w trudniejszej sytuacji.
Tutaj miałem szczęście do wspaniałej ekipy.
I jestem za to naprawdę wdzięczny.
Powrót przez Estany Negre i górne piętro doliny
Podczas zejścia ponownie mijaliśmy okolice Estany Negre i mniejszych stawów.
Słońce świeciło już pod innym kątem, dlatego krajobraz wyglądał nieco inaczej niż podczas podejścia.
Niektóre fragmenty jeziora pozostawały w cieniu potężnych skalnych ścian, podczas gdy inne wciąż odbijały jasne niebo.
Przystawałem co jakiś czas, żeby jeszcze raz spojrzeć na ten niezwykły świat.
Wysoko ponad nami wznosiły się surowe zbocza Coma Pedrosa.
Patrzyłem na nie teraz z zupełnie innej perspektywy.
Jeszcze niedawno pokonywałem je z ogromnym trudem, a teraz mogłem z radością powiedzieć, że udało mi się dotrzeć na sam szczyt!
W miarę schodzenia krajobraz stopniowo łagodniał.
Kamieniste pustkowia ustępowały miejsca trawom, niewielkim krzewom i coraz częściej pojawiającym się sosnom.
Wracaliśmy do świata, w którym jesień miała znacznie więcej kolorów.
Dolina Comapedrosa i ślady dawnych pasterzy
W rejonie górskich hal i wypłaszczeń mijaliśmy miejsca związane z dawną działalnością pasterską.
Przez stulecia pasterstwo było ważnym elementem życia mieszkańców Andory.
Latem wyprowadzano zwierzęta na wysokogórskie pastwiska, gdzie przez kilka miesięcy korzystano z bogatych traw i naturalnych źródeł wody.
W takich miejscach budowano kamienne zagrody i niewielkie chaty.
Podczas naszej wyprawy sfotografowałem nawet tablicę informacyjną opisującą tradycyjną pleta, czyli zagrodę pasterską, oraz cabana, niewielką kamienną chatę.
W okolicy Comapedrosa zachowały się ślady takich budowli, a część została odrestaurowana.
Dawni pasterze wykorzystywali je jako schronienie podczas niepogody, miejsce odpoczynku oraz przechowywania potrzebnych rzeczy.
Budowano je z kamieni dostępnych na miejscu, często bez używania zaprawy murarskiej.
Taka technika budowy wymagała ogromnej wprawy.
Dobrze ułożone kamienne ściany potrafiły przetrwać wiele dziesięcioleci, mimo trudnych warunków panujących wysoko w górach.
Patrząc na pozostałości dawnych pasterskich zabudowań, myślałem o ludziach, dla których te piękne doliny były nie wakacyjnym rajem, ale miejscem codziennej pracy.
Jakże inne musiało być ich życie!
Dzisiaj przychodzimy tutaj z aparatami fotograficznymi i plecakami, zachwycając się krajobrazami.
Oni musieli radzić sobie z burzami, chłodem, samotnością i ciężką pracą.
Lubię odkrywać takie historie.
Dzięki nim każda górska dolina nabiera głębszego znaczenia.
Namioty w górskiej dolinie. Ktoś zostawał tutaj na noc
Na jednym z trawiastych wypłaszczeń zobaczyliśmy również rozbite namioty.
Kilku turystów przygotowywało się do spędzenia nocy w górach.
Ich niewielkie obozowisko wyglądało bardzo malowniczo na tle ogromnych zboczy i złocistych traw.
Przez chwilę pomyślałem, jak niezwykły musi być poranek w takim miejscu.
Pierwsze promienie słońca oświetlające najwyższe szczyty, chłodne powietrze, cisza i wielki górski świat rozciągający się dookoła.
To musi być wspaniałe przeżycie.
Oczywiście nocowanie na terenach chronionych podlega określonym zasadom, dlatego przed planowaniem podobnego biwaku trzeba sprawdzić aktualne przepisy parku.
My jednak tego dnia nie zamierzaliśmy zostawać na noc.
Musieliśmy schodzić dalej.
Przed nami wciąż pozostawało sporo drogi.
Tajemnicze białe skały w potoku
Poniżej schroniska, podczas dalszego zejścia doliną, zwróciłem uwagę na coś niezwykłego.
W korycie górskiego potoku leżały duże, niemal krystalicznie białe skały.
Wyglądały naprawdę zaskakująco!
Wśród ciemniejszych głazów i zielonych zarośli wyróżniały się tak mocno, jakby ktoś rozsypał tam kawałki śniegu albo soli.
Zatrzymałem się i zrobiłem zdjęcie.
Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy przypadkiem woda nie niesie jakichś niezwykłych osadów mineralnych.
Może to solanka?
Takie skojarzenie nasunęło mi się zupełnie spontanicznie.
Oczywiście biały kolor nie oznacza jeszcze, że skała jest zbudowana z soli. Znacznie bardziej prawdopodobne, że patrzyłem na jasne fragmenty skał lub minerałów, być może bogatych w kwarc albo inne jasne składniki.
Bez dokładnego zbadania trudno byłoby określić ich skład.
Ale właśnie takie niespodziewane odkrycia są jednym z powodów, dla których tak bardzo kocham górskie wędrówki.
Człowiek zdobywa wysoki szczyt, podziwia niezwykłe panoramy, a potem potrafi zatrzymać się przy zwyczajnym potoku i przez kilka minut zastanawiać nad tajemnicą białych kamieni.
Przyroda nigdy nie przestaje mnie zadziwiać!
Jesienne lasy Comapedrosa. Kolory, które zostaną ze mną na zawsze
Schodziliśmy coraz niżej.
Wkrótce zaczęły pojawiać się większe grupy drzew, a krajobraz ponownie przybrał cudowne jesienne barwy.
I znowu miałem wielką ochotę zatrzymywać się na zdjęcia.
Jarzębiny płonęły czerwienią.
Trawy mieniły się złotem.
Niskie krzewy przybierały rudawe i brunatne odcienie.
Między nimi wyrastały ciemnozielone sosny, a w oddali nadal górowały potężne pirenejskie grzbiety.
Wszystko razem tworzyło niezwykłą kompozycję.
Jesień w Pirenejach okazała się dla mnie prawdziwym odkryciem.
Nie przypuszczałem, że właśnie tutaj zobaczę jeden z najpiękniejszych jesiennych krajobrazów w swoim górskim życiu.
W jednej dolinie spotykały się surowe skały wysokich gór, złociste lasy, szumiące potoki i niewielkie kwiaty, które jeszcze nie chciały pożegnać lata.
Coś cudownego!
Dzisiaj, kiedy oglądam fotografie z tej wyprawy, wciąż nie mogę się nadziwić, jak wiele piękna udało nam się zobaczyć w ciągu jednego dnia.
A przecież nasza przygoda jeszcze się nie skończyła.
Powoli zapadał zmrok.
Około dziewiętnastej. Czołówki w ruch!
Kiedy znaleźliśmy się w dolnej części doliny, zaczęło robić się coraz ciemniej.
Około godziny dziewiętnastej, w rejonie jednego z rozdroży, zapadł już właściwie zmrok.
Trzeba było wyciągnąć czołówki.
Nasza grupa była w tym momencie dość mocno rozciągnięta.
Część osób znajdowała się przed nami, a pozostali schodzili spokojniejszym tempem.
Miałem przy sobie zapasową czołówkę, którą przekazałem Agacie, żeby mogła oświetlać drogę również innym uczestnikom.
Ja kontynuowałem zejście razem z Mariolką.
Cieszyłem się, że najtrudniejsze wysokogórskie fragmenty zostały już daleko za nami.
Nogi pracowały znacznie lepiej niż podczas podejścia, a ja coraz mocniej wierzyłem, że uda mi się dotrzeć do samochodu o własnych siłach.
Nie wiedziałem jednak, że końcówka trasy przygotowała dla nas jeszcze jedną atrakcję.
I to taką, którą najchętniej zobaczyłbym w pełnym świetle dnia!
Camí de les Carboneres. Dawna droga węglarzy
Na dolnym rozdrożu wybraliśmy wariant prowadzący wzdłuż potoku Riu Pollós.
Była to ścieżka znana jako Camí de les Carboneres, czyli Droga Węglarzy.
Jej nazwa nawiązuje do dawnej działalności mieszkańców doliny Arinsal, którzy wypalali węgiel drzewny.
Przez wieki drewno stanowiło jeden z najważniejszych surowców wykorzystywanych w górskich społecznościach.
Węgiel drzewny otrzymywano przez powolne wypalanie drewna przy ograniczonym dostępie powietrza. W tym celu układano specjalne stosy, które przykrywano materiałem izolującym i przez długi czas kontrolowano proces ich wypalania.
Praca węglarzy wymagała ogromnego doświadczenia.
Trzeba było odpowiednio przygotować drewno, zapewnić właściwe warunki spalania i pilnować całego procesu, żeby materiał nie zamienił się po prostu w popiół.
Dzisiaj dawne miejsca wypalania węgla i prowadzące do nich ścieżki są ciekawym elementem historycznego krajobrazu Pirenejów.
W rejonie Arinsal odnowiono fragment dawnej Drogi Węglarzy, udostępniając go turystom.
Trasa prowadzi przez gęsty las, wzdłuż Riu Pollós, i pozwala podziwiać malownicze kaskady oraz wodospady.
Na jej przebiegu znajdują się trzy drewniane kładki przerzucone nad potokiem.
To właśnie tędy schodziliśmy po zmroku.
Trzy drewniane kładki i wodospady w świetle czołówek
Już po kilku minutach zorientowałem się, że wybraliśmy naprawdę ciekawy wariant.
Ścieżka prowadziła blisko potoku, miejscami przeciskając się pomiędzy skałami i gęstymi zaroślami.
Woda szumiała coraz głośniej.
Co chwilę widzieliśmy w świetle czołówek białe kaskady, które spadały po skalnych progach.
W niektórych miejscach potok tworzył niewielkie wodospady, a w innych przepływał przez wąskie skalne gardziele.
Musieliśmy pokonać trzy drewniane kładki.
Ich konstrukcja pozwala przejść ponad wodą i zobaczyć fragmenty doliny, do których bez mostków trudno byłoby się dostać.
Niestety w ciemności mogliśmy podziwiać tylko niewielkie fragmenty tego pięknego krajobrazu.
Światła latarek oświetlały skały, spienioną wodę i drewniane deski.
Reszta tonęła w mroku.
Za to szum wodospadów był doskonale słyszalny.
Miejscami niemal zagłuszał nasze rozmowy.
Przez chwilę miałem wrażenie, że znajdujemy się w jakimś tajemniczym górskim wąwozie, którego prawdziwe piękno pozostaje ukryte przed naszym wzrokiem.
I właśnie wtedy pojawił się jedyny większy niedosyt całej tej niezwykłej wyprawy.
Szkoda, że nie szliśmy tędy rano!
Łańcuchy nad mokrymi skałami. Jeszcze trochę emocji przed końcem
Droga Węglarzy okazała się również bardziej wymagająca, niż można byłoby przypuszczać.
W dwóch miejscach natrafiliśmy na krótkie odcinki z łańcuchami zamocowanymi do skał.
Ścieżka była tutaj wąska, a skalne podłoże miejscami wilgotne i śliskie.
Trzeba było zachować ostrożność.
Na jednym z fragmentów łańcuch prowadził wzdłuż skalnej ściany, pomagając przejść ponad stromszym, kamienistym odcinkiem.
W innym miejscu podobne ułatwienia towarzyszyły nam podczas pokonywania kolejnej skalnej przeszkody.
W świetle czołówek wyglądało to dość tajemniczo.
Po jednej stronie ciemny las, po drugiej skały i szumiąca woda, a my ostrożnie posuwaliśmy się naprzód.
Na szczęście nie były to długie ani bardzo techniczne fragmenty, choć po całym dniu wędrówki wymagały koncentracji.
Moje nogi na szczęście spisywały się już znacznie lepiej.
A ja z każdym krokiem byłem coraz bliżej upragnionego parkingu.
Tunel i ostatnie kroki do samochodu
Po pokonaniu leśnej ścieżki dotarliśmy wreszcie do asfaltowej drogi powyżej tunelu.
Jakże przyjemne okazało się wtedy zwyczajne, równe podłoże!
Po tylu godzinach chodzenia po korzeniach, skałach, piargach i mokrych kamieniach asfalt wydawał się niemal luksusem.
Mogliśmy wreszcie iść znacznie swobodniej.
Przed nami pozostawał już tylko krótki fragment drogi prowadzącej w stronę parkingu przy hotelu Patagonia.
Czołówka naszej grupy dotarła tam wcześniej.
Niektórzy zdążyli już usiąść w restauracji i spokojnie popijać zimne piwko…
Ja marzyłem przede wszystkim o tym, żeby zobaczyć nasz samochód.
Kiedy wreszcie około godziny dwudziestej stanąłem przy nim, poczułem ogromną ulgę.
Udało się!
Byłem zmęczony, obolały, ale szczęśliwy.
Przeszedłem całą trasę o własnych siłach!
Dziesięć godzin wcześniej ruszaliśmy stąd w doskonałych humorach, nie przypuszczając nawet, ile emocji przyniesie nam ta wyprawa.
Teraz wracaliśmy bogatsi o wspomnienia, których nikt nam już nie odbierze.
A ja miałem za sobą jeden z najbardziej niezwykłych dni w swoim górskim życiu.
Coma Pedrosa. Mapa i parametry naszej wędrówki
Nasza trasa prowadziła z Arinsal przez dolinę Comapedrosa, okolice schroniska Refugi de Comapedrosa, wysokogórskie stawy i Estany Negre na najwyższy szczyt Andory.
Z wierzchołka schodziliśmy podobnym wariantem, a w dolnej części wyprawy wybraliśmy ścieżkę Camí de les Carboneres, biegnącą wzdłuż Riu Pollós.
Poniższe zestawienie przygotowałem na podstawie przebiegu trasy w aplikacji Mapy.com oraz własnych wspomnień.
| Parametr | Dane trasy |
|---|---|
| Start i meta | Arinsal, parking przy hotelu Yomo Patagonia |
| Najwyższy punkt | Coma Pedrosa, 2942 m n.p.m. |
| Najniższy punkt trasy | Około 1550 m n.p.m. |
| Dystans | 15,2 km |
| Suma podejść | 1386 m |
| Suma zejść | 1386 m |
| Czas według Mapy.com | 7 godz. 55 min |
| Nasz rzeczywisty czas | Około 10 godzin, od 10.00 do 20.00 |
| Trudność | Trasa trudna, wymagająca dobrej kondycji |
| Charakter trasy | Górskie ścieżki, strome podejścia, piargi, skalne odcinki, leśne ścieżki i mostki |
| Główne atrakcje | Park Comapedrosa, Refugi de Comapedrosa, Estany de les Truites, Estany Negre, panorama ze szczytu, Camí de les Carboneres |
Orientacyjny czas marszu podawany przez aplikację wynosił niespełna osiem godzin, ale my potrzebowaliśmy około dziesięciu.
W tym czasie mieściły się liczne postoje, fotografowanie, odpoczynek w schronisku, zwiedzanie okolicy, podziwianie panoram i oczywiście moje nieplanowane problemy z nogami.
Co warto wiedzieć przed wejściem na Coma Pedrosa?
Coma Pedrosa jest szczytem dostępnym znakowanym szlakiem turystycznym, ale absolutnie nie należy go lekceważyć.
Podejście z Arinsal wymaga pokonania prawie 1400 metrów przewyższenia, a końcowe fragmenty trasy prowadzą przez strome kamieniste zbocza i piargi.
W takich miejscach szczególnie ważne są dobre buty, odpowiednia kondycja i uważne stawianie kroków.
Trzeba też pamiętać o pogodzie.
Wysokość niemal trzech tysięcy metrów oznacza, że nawet jesienią mogą tu panować bardzo trudne warunki. Nagłe opady śniegu, silny wiatr, niska temperatura czy oblodzenie potrafią całkowicie zmienić charakter trasy.
Październikowe dni są już znacznie krótsze niż latem, dlatego warto rozpoczynać wędrówkę możliwie wcześnie.
Czołówka, mapa offline, ciepła odzież, zapas jedzenia i wody to podstawowe wyposażenie.
Nasza własna wyprawa najlepiej pokazała, jak ważne jest odpowiednie planowanie czasu.
Warto również wcześniej sprawdzić dostępność Refugi de Comapedrosa. Choć podczas naszej październikowej wędrówki schronisko było otwarte, nie należy zakładać, że będzie tak zawsze poza głównym sezonem.
Osoby, które nie planują zdobywania szczytu, mogą wybrać się na krótszy spacer w dolnej części doliny, w stronę wodospadów lub na Camí de les Carboneres.
To znakomita propozycja dla miłośników przyrody, historii i pięknych krajobrazów.
Pireneje na drugim miejscu mojego górskiego podium!
Kiedy wieczorem opuszczałem okolice Arinsal, wiedziałem już jedno.
Pireneje skradły moje serce!
I to w sposób absolutnie niezwykły.
Od dawna miałem swój osobisty ranking najpiękniejszych gór Europy.
Na pierwszym miejscu niezmiennie znajdowały się Dolomity, z ich niebotycznymi skalnymi katedrami, fantastycznymi turniami i krajobrazami, które wyglądają jak żywcem wyjęte z bajki.
Drugie miejsce zajmowały Tatry, do których od lat wracam z ogromną miłością.
Ale po tej jednej październikowej wyprawie nastąpiła zmiana!
Pireneje wskoczyły na drugą pozycję!
Zaraz za Dolomitami, a przed Tatrami.
Wiem, wiem, dla miłośników naszych Tatr może to zabrzmieć jak zdrada! 🙂
Ale przecież nie chodzi o żaden obiektywny ranking. To po prostu moje własne odczucia, wspomnienia i zachwyt nad górami, które miałem szczęście poznać.
A Pireneje pokazały mi tyle piękna, że trudno było pozostać obojętnym.
Majestatyczne szczyty, dzikie jeziora, wodospady, złociste lasy, goryczki, krokusy, zimowity i ogromne skalne pustkowia.
Do tego wspaniali ludzie oraz emocje, których nie zapomnę.
Wszystko to sprawiło, że od razu znalazłem dla tych gór wyjątkowe miejsce w swoim sercu.
Gdzie Buty Poniosą. Wyprawa w znakomitym towarzystwie
Nasza podróż do Andory, połączona ze zdobyciem Coma Pedrosa w ramach Korony Europy, odbyła się z Biurem Turystycznym Gdzie Buty Poniosą.
Chciałbym tutaj szczególnie podziękować liderowi wyprawy, Piotrkowi Fejkielowi.
W najtrudniejszym momencie podejścia, kiedy zacząłem poważnie wątpić, czy uda mi się kontynuować marsz, Piotrek dodał mi otuchy i zachęcił do spokojnego wędrowania własnym tempem.
To było dla mnie bardzo ważne.
Dziękuję również wszystkim uczestnikom naszej ośmioosobowej ekipy, a szczególnie Mariolce i Pawłowi za wsparcie oraz pomoc podczas zejścia.
Wspólne żarty, dobra atmosfera i zrozumienie sprawiły, że nawet trudniejsze chwile nie odebrały tej wyprawie radości.
Piotrka Fejkiela mogę z czystym sumieniem polecić jako lidera górskich podróży. To człowiek, który potrafi nie tylko prowadzić grupę, ale także wspierać uczestników wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebują. Organizuje kapitalne wyprawy górskie po całej Europie!
A takich ludzi zawsze warto spotykać na swojej górskiej drodze.
Pirenejskie misterium, które pozostanie ze mną na zawsze
Dzisiaj, kiedy wracam myślami do tamtej wyprawy, nie pamiętam przede wszystkim bolesnych skurczów ani trudnych piargów.
Widzę błękitne niebo nad Andorą.
Widzę płonące jesiennymi kolorami jarzębiny, zielone sosny i potężne skalne ściany skąpane w promieniach słońca.
Przypominam sobie maleńkie kwiaty, które tak niespodziewanie zakwitły w październiku, oraz niezwykłe jeziora o ciemnogranatowej wodzie.
Słyszę szum wodospadów i śmiech przyjaciół.
Pamiętam smak gorącej kawy w schronisku, spokojną chwilę nad Jeziorem Pstrągów, telefon do Piotrka i Mariolkę obserwującą mnie z oddali.
A potem wraca ten jeden szczególny obraz.
Szczyt Coma Pedrosa.
Oklaski przyjaciół.
Obelisk z flagą Andory.
I łzy szczęścia, których nie potrafiłem powstrzymać.
Takie chwile zostają w człowieku na zawsze.
Po dziesięciu godzinach zakończyła się tam niezwykła przygoda, którą dzisiaj wspominam niemal jak misterium.
Była w niej mistyka dzikiej natury, majestat wysokogórskich krajobrazów i magia jesiennych kolorów.
Była przyjaźń, zachwyt, wzruszenie i spełnione marzenie.
A nade wszystko była ta szczególna miłość do gór, która od tylu lat każe mi wciąż szukać nowych dróg, kolejnych dolin i nieznanych przełęczy.
Jeśli chcecie poznać więcej moich górskich fascynacji, zapraszam również do opowieści o wędrówce wokół Tre Cime di Lavaredo, w której opisałem zachwyt nad ukochanymi Dolomitami. Miłośnikom malowniczych krajobrazów polecam także wiosenną wyprawę przez Małe Pieniny, a tym, którzy lubią bardziej refleksyjne górskie historie, cały cykl „Kroniki Ducha Gór. Rozmowy z Marcogorem”.
Moja pirenejska przygoda przypomniała mi jeszcze jedną ważną rzecz.
Najpiękniejsze marzenia czasami spełniają się bardzo powoli.
Krok za kroczkiem.
Własnym tempem.
I chyba właśnie dlatego smakują tak niezwykle, kiedy wreszcie uda się je zrealizować.
Jeśli moja opowieść zabrała Cię choć na chwilę w magiczny świat Pirenejów i lubisz wędrować razem ze mną po górskich szlakach, możesz wesprzeć moją twórczość, stawiając mi symboliczną kawę przez serwis wspierający twórców BuyCoffee. ☕ Każde takie wsparcie pomaga mi przygotowywać kolejne Górskie Opowieści, opracowywać trasy i dzielić się z Wami pięknem gór na własnych fotografiach. Dziękuję z całego serca za każdą kawę i za to, że jesteście częścią mojej górskiej przygody! ❤️I zapraszam na koniec do obejrzenia górskiej galerii zdjęć z wyprawy… oraz czytania innych opowieści na blogu! 🙂
Z górskim pozdrowieniem
Marcogor























































