Pic de l’Étang Fourcat (2859 m) i jeziora Tristaina. Magiczna grań Pirenejów
Są takie dni w górach, kiedy człowiek planuje jedno, a los przygotowuje dla niego zupełnie inną przygodę. I czasami okazuje się, że ta niespodziewana jest jeszcze piękniejsza od pierwotnego zamierzenia! Tak właśnie było podczas drugiego dnia naszej wyprawy w Pireneje. Zamiast najwyższego szczytu Katalonii zdobyliśmy francuski Pic de l’Étang Fourcat (2859 m), przeszliśmy eksponowaną graniczną granią i odkryliśmy bajkową krainę jezior Tristaina. A wszystko w cudownej jesiennej scenerii, która potrafiła odebrać mowę nawet takiemu staremu górołazowi jak ja!
Ale zacznijmy od początku, bo ten dzień wcale nie zapowiadał się tak beztrosko.
Po Coma Pedrosa kolejna górska niespodzianka
Poprzedniego dnia, podczas zdobywania Coma Pedrosa (2942 m), najwyższego szczytu Andory, przeżyłem jedną z najbardziej emocjonujących przygód swojego życia. Spełniłem wielkie marzenie, ale zapłaciłem za to bolesnymi skurczami nóg i ogromnym wysiłkiem. Choć szczęście ze zdobycia pierwszego pirenejskiego szczytu było nieopisane, następnego ranka organizm przypominał mi o wczorajszej walce.
A przecież przed nami czekało kolejne ambitne wyzwanie!
Tym razem mieliśmy zdobywać Pica d’Estats (3143 m), najwyższy szczyt Katalonii. Jednak prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Około godziny szesnastej zapowiadano załamanie, a w wysokich górach takich ostrzeżeń nie wolno lekceważyć.
Nasz lider, Piotr Fejkiel, podjął więc rozsądną decyzję o zmianie celu wyprawy. Piotr, którego czytelnicy poznali już podczas pierwszej pirenejskiej przygody, jest organizatorem górskich wyjazdów w ramach biura turystycznego Gdzie Buty Poniosą. Jego doświadczenie i umiejętność dostosowywania planów do warunków terenowych ponownie okazały się bardzo przydatne.
Zamiast katalońskiego trzytysięcznika mieliśmy poznać okolice Tristainy w północnej Andorze, a jeśli pogoda pozwoli, zdobyć jeden ze szczytów po francuskiej stronie granicy.
O ósmej rano zjedliśmy śniadanie w hotelu, a godzinę później ruszyliśmy naszym busem w kierunku ośrodka narciarskiego Ordino-Arcalís.
Już sam przejazd dostarczał niezapomnianych wrażeń. Droga wspinała się przez niezwykle malowniczą dolinę, otoczoną coraz wyższymi górami. Jesienne barwy dodawały całej scenerii szczególnego uroku. Złociste i rdzawe zbocza kontrastowały z zielenią doliny, a ponad nimi wznosiły się surowe, skaliste szczyty.
Patrzyłem przez okno jak zaczarowany. Pireneje ponownie pokazywały mi zupełnie nowe oblicze!
Ordino-Arcalís, czyli szczęśliwa zmiana planów
Planowaliśmy dojechać aż do górnego parkingu przy restauracji Borda de la Coma, skąd mieliśmy rozpocząć wędrówkę. Okazało się jednak, że droga prowadząca wyżej jest zamknięta dla samochodów.
Dotarliśmy więc jedynie do dolnej części ośrodka, w rejon restauracji L’Hortell.
Była już godzina dziesiąta, a prognozowane pogorszenie pogody nieubłaganie się zbliżało. Długie podejście od dołu oznaczałoby stratę cennego czasu. Zapadła szybka decyzja, że korzystamy z kolejek górskich.
Muszę przyznać, że przyjąłem tę wiadomość z ogromną ulgą!
Nogi po Coma Pedrosa nadal bolały, a wspomnienie skurczów nie dawało mi spokoju. Bałem się, że historia może się powtórzyć. Tymczasem los najwyraźniej postanowił mi sprzyjać. Zamiast mozolnie zdobywać wysokość, mieliśmy niemal od razu znaleźć się na ponad 2600 metrach!
Za przejazd dwiema kolejkami w obie strony zapłaciliśmy równowartość około 100 zł od osoby. Jak na taką atrakcję i możliwości, jakie otwierała przed nami, uznałem to za bardzo dobrą cenę.
Najpierw gondolowa Telecabina de Tristaina wywiozła nas z L’Hortell do La Coma, na wysokość około 2200 m. Tam przesiedliśmy się na krzesełkową Telecadira de Creussans, docierającą w pobliże granicznego grzbietu, na wysokość około 2625 m.
Sam przejazd był niezwykłym przeżyciem. Z każdą minutą dolina zostawała coraz niżej, a przed oczami otwierały się nowe panoramy.
Kilka ciekawostek o Ordino-Arcalís
Ordino-Arcalís należy do najbardziej malowniczo położonych ośrodków narciarskich Andory. Tereny narciarskie rozciągają się na wysokościach od około 1940 do 2625 m i są szczególnie cenione przez miłośników freeride’u, czyli jazdy poza przygotowanymi trasami.
Ośrodek gościł prestiżowe zawody Freeride World Tour, a jego położenie sprawia, że zimą często panują tutaj bardzo dobre warunki śniegowe.
Latem i jesienią okolica zmienia swoje oblicze. Narciarskie zbocza stają się królestwem pieszych wędrówek, a kolejki umożliwiają wygodne dotarcie do wysoko położonych punktów widokowych.
Cały rejon Ordino znajduje się w obrębie rezerwatu biosfery UNESCO. To wyróżnienie dobrze oddaje wartość tutejszych krajobrazów, bogactwo przyrody i znaczenie tradycyjnego gospodarowania w górskich dolinach.
Warto również wiedzieć, że ograniczenia ruchu samochodowego na drodze do La Coma mogą być związane z sezonowym funkcjonowaniem kolejek. Dlatego przed przyjazdem najlepiej sprawdzić aktualne zasady dojazdu, godziny otwarcia wyciągów i ceny biletów.
Dla mnie jednak najważniejsze było coś innego. Mogłem oszczędzić obolałe nogi, nie tracąc przy tym ani odrobiny górskiego piękna.
Cóż za szczęśliwy początek dnia!
Na granicy Andory i Francji. Pierwsze górskie misterium
Kiedy wysiedliśmy z górnej stacji krzesełka, miałem ochotę zatrzymać się tu na długo.
Znajdowaliśmy się tuż przy granicy Andory i Francji. Po jednej stronie rozciągały się andorskie doliny, po drugiej otwierał się potężny świat francuskich Pirenejów.
Widok był po prostu genialny!
Na widokowej przełęczy, nieco powyżej górnej stacji kolejki, znajdowała się sympatyczna ławeczka. Oczywiście nie mogłem przepuścić takiej okazji! Powstało tam kilka świetnych fotografii, na których doskonale widać majestat otaczających nas gór.
Rozległa panorama była prawdziwym majstersztykiem natury! Z jednej strony rozpoznawałem Coma Pedrosa (2942 m), najwyższy szczyt Andory, na którym jeszcze wczoraj przeżyłem tyle niezapomnianych emocji. W oddali wzrok przyciągał potężny masyw Montcalm z Pica d’Estats (3143 m), najwyższym szczytem Katalonii, leżącym na granicy hiszpańsko-francuskiej. To właśnie tam mieliśmy pierwotnie wyruszyć tego dnia! Obok piętrzyły się Pic de Verdaguer (3129 m) oraz francuski Montcalm (3078 m).
Niezwykłe uczucie patrzeć na góry, które jeszcze rano były naszym wymarzonym celem, a teraz podziwialiśmy je z zupełnie innej perspektywy! Staliśmy na granicy dwóch państw, otoczeni morzem pirenejskich szczytów, a pod nami błyszczały górskie jeziora, skąpane w jesiennym słońcu. Chmury zaczynały już powoli otulać najwyższe granie, dodając całej scenerii mistycznego uroku. Mógłbym tak stać godzinami, chłonąc ten majestat i próbując zapamiętać każdy szczegół cudownej panoramy!
Pogoda wciąż dopisywała. Błękitne niebo, promienie słońca i pojawiające się gdzieniegdzie obłoki tworzyły niezwykłe widowisko. Chmury nie wyglądały jeszcze groźnie. Przeciwnie, ich cienie wędrowały po skalnych zboczach, nadając pejzażowi dodatkowej głębi.
A pod nami ukazała się dolina Tristaina ze swoimi górskimi jeziorami!
Magia! Misterium natury! Majestat Pirenejów w najpiękniejszym wydaniu!
Już w tej chwili wiedziałem, że niezależnie od dalszego przebiegu dnia przywiozę z tej wycieczki wspomnienia, których długo nie zapomnę.
Punta de Peiraguils (2701 m) i niezwykły Mirador Solar de Tristaina
Z grzbietu ruszyliśmy łatwą ścieżką w kierunku jednej z największych atrakcji Andory.
Najpierw weszliśmy na kulminację Punta de Peiraguils (2701 m), a następnie skierowaliśmy się na znajdujący się w pobliżu słynny Mirador Solar de Tristaina.
Ponieważ była sobota, a jesienna pogoda zachwycała, wokół panował spory ruch. Dziesiątki turystów korzystały z możliwości łatwego dotarcia kolejką niemal pod sam szczyt. Jedni robili zdjęcia, inni podziwiali widoki, a jeszcze inni po prostu cieszyli się możliwością przebywania tak wysoko, bez wielogodzinnego podejścia.
Nie ma się czemu dziwić. To miejsce naprawdę robi wrażenie!
Gigantyczny zegar słoneczny zawieszony nad górami
Mirador Solar de Tristaina nie przypomina zwyczajnej platformy widokowej. To monumentalna metalowa konstrukcja w kształcie wielkiego pierścienia, zawieszona nad skalistym terenem.
Powstała w 2021 roku i bardzo szybko stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji turystycznych Andory. Do końca letniego sezonu 2026 roku odwiedziło ją już ponad pół miliona osób!
Pierścień ma około 25 metrów średnicy, a szerokość jego pomostu wynosi 1,25 m. Najciekawsza jest jednak symbolika całej konstrukcji.
Nie zbudowano jej wyłącznie po to, by podziwiać panoramy.
Mirador Solar jest jednocześnie ogromnym zegarem słonecznym!
Jego centralny element, czyli gnomon, ma 27 metrów długości i jest nachylony pod kątem 42,55 stopnia. Odpowiada to szerokości geograficznej miejsca, w którym znajduje się punkt widokowy. Cień gnomonu pozwala odczytywać czas na obwodzie konstrukcji.
Sam pomysł nawiązuje do dawnych obserwacji Słońca w rejonie Arcalís, nazywanym niekiedy Słoneczną Górą. Związek tych terenów z naturalnym kalendarzem słonecznym opisywał andorski badacz Bonaventura Adellach.
Jest w tym coś niezwykle pięknego! Nowoczesna architektura przypomina o czasach, gdy pasterze i mieszkańcy gór odczytywali rytm dnia oraz pór roku z wędrówki słońca ponad szczytami.
Co ciekawe, zjawisko związane ze Słoneczną Górą można obserwować również na pobliskim Pic d’Arcalís. W określonych dniach promienie wschodzącego Słońca przechodzą przez charakterystyczny naturalny otwór skalny. To niezwykła osobliwość tego rejonu, od dawna budząca zainteresowanie badaczy i miłośników górskich ciekawostek.
A sam Mirador Solar znakomicie wpisuje się w otaczający krajobraz. Z daleka jego metalowy pierścień przypomina tajemniczy znak pozostawiony na szczycie góry. Z bliska zachwyca pomysłowością i rozmachem konstrukcji.
Widoki, których nie sposób zapomnieć
Weszliśmy na metalowy pierścień i natychmiast zrozumiałem, dlaczego przyciąga takie tłumy.
Pod naszymi stopami rozpościerał się skalisty krajobraz wysokich Pirenejów, a w głębi doliny lśniły błękitne tafle jezior Tristaina. Otaczały je strome zbocza, piargi i jesienne trawy, tworzące wielobarwną mozaikę.
Z jednej strony Andora, z drugiej Francja, a pomiędzy nimi bezkresny świat gór.
To nie był zwyczajny widok. To było prawdziwe spotkanie z potęgą natury!
Oczywiście wykonaliśmy pierwsze grupowe fotografie. Nie brakowało uśmiechów, radości i zachwytów.
Dla większości turystów Mirador Solar stanowił główny cel wycieczki. My jednak mieliśmy jeszcze apetyt na coś więcej.
Postanowiliśmy kontynuować wędrówkę granicznym grzbietem tak daleko, jak pozwolą nam warunki. W planach mieliśmy już Pic de l’Étang Fourcat (2859 m), leżący po francuskiej stronie granicy.
Najpiękniejsza, a zarazem najbardziej wymagająca część wyprawy była dopiero przed nami.
Graniczną granią do Port de Tristaina (2638 m)
Opuszczając okolice Mirador Solar, stopniowo zostawialiśmy za sobą największy tłum turystów.
Droga wiodła grzbietem w kierunku Port de Tristaina (2638 m). Choć z daleka grań wyglądała zachęcająco, szybko okazało się, że wymaga znacznie większej uwagi niż wcześniejszy spacer.
Teren stawał się miejscami eksponowany. Wąska ścieżka prowadziła po zboczach opadających ku dolinom, a skaliste fragmenty zmuszały do koncentracji.
Nie było tu wygodnych chodników ani zabezpieczeń znanych z popularnych szlaków turystycznych.
Warto podkreślić, że przebyty przez nas wariant graniowy nie był klasycznie znakowanym szlakiem pieszym. W orientacji pomagały miejscami kamienne kopczyki, ale nie można było polegać wyłącznie na nich.
I właśnie taki charakter górskiej wędrówki najbardziej mi odpowiadał!
Po latach przemierzania Tatr Wysokich dobrze znam uczucie, kiedy zwykły marsz zamienia się w wymagające pokonywanie skał. Trzeba patrzeć pod nogi, uważnie wybierać drogę i zachować pełną koncentrację.
A jednocześnie wokół roztaczały się tak zachwycające krajobrazy, że trudno było powstrzymać się od kolejnych fotograficznych przystanków.
Po dotarciu do Port de Tristaina nasza grupa podzieliła się na dwie części.
Niektórzy uczestnicy zdecydowali się zejść bezpośrednio w kierunku jezior, a następnie wrócić do La Coma. Był to rozsądny wybór, pozwalający uniknąć dalszych trudności skalnych.
Ja natomiast czułem się znakomicie!
Ku mojemu zdziwieniu nogi nie sprawiały większych problemów. Wciąż pamiętałem wczorajsze skurcze, ale teraz organizm współpracował. A skoro mieliśmy przed sobą stosunkowo krótką trasę i niewielkie dodatkowe przewyższenie, postanowiłem spróbować zdobyć kolejny szczyt.
Ruszyłem więc za Piotrem i pozostałymi uczestnikami.
Wczoraj walczyłem z bólem. Dzisiaj znowu mogłem po prostu cieszyć się górami!
Pic de l’Étang Fourcat (2859 m). Prawdziwa wspinaczka w sercu Pirenejów
Za Port de Tristaina charakter wędrówki zdecydowanie się zmienił.
Grań stawała się coraz bardziej wymagająca, a zwykły trekking stopniowo przechodził w skalną wspinaczkę bez sztucznych ułatwień.
Ścieżka przewijała się raz na lewą, raz na prawą stronę grzbietu. Czasem prowadziła po stromych, trawiastych zboczach, innym razem wyprowadzała nas prosto na ostre skalne fragmenty.
W takich miejscach ręce szły w ruch!
Trzeba było pokonywać kolejne stopnie skalne, uważnie stawiać stopy i zachowywać ostrożność przy ekspozycji. Droga przypominała mi niektóre wymagające fragmenty grani Tatr Wysokich.
Nie było łańcuchów, klamer ani poręczówek. Pozostawały doświadczenie, wyczucie skały i umiejętność odnajdywania najbezpieczniejszego przejścia. To jest to, co lubię najbardziej… 🙂
Kamienne kopczyki pomagały nam utrzymać właściwy kierunek.
Przed wierzchołkiem Pic de Costa Rodona (2816 m) odbiliśmy w lewo, nie wchodząc na sam szczyt. Po piargach skierowaliśmy się ku siodłu przełęczy, oddzielającej nas od głównego celu.
Dopiero stąd rozpoczęło się najbardziej wymagające, końcowe podejście na Pic de l’Étang Fourcat.
Teren był stromy i skalisty. Trzeba było wyszukiwać odpowiednie przejścia, korzystać z rąk i nieustannie kontrolować każdy ruch. Choć do szczytu nie pozostawało wiele wysokości, nie było miejsca na lekkomyślność.
A ja czułem coraz większą radość.
Bo przecież właśnie to kocham w górach najbardziej! Nie tylko sam wierzchołek, ale drogę prowadzącą na niego. Kontakt ze skałą, emocje, koncentrację i świadomość, że każdy metr zdobywa się własnym wysiłkiem.
Szedłem swoim tempem, nie próbując nikogo doganiać. Wiedziałem już doskonale, że nie ma sensu ścigać się z górami ani z innymi turystami.
I udało się!
Dotarłem na Pic de l’Étang Fourcat (2859 m) jako ostatni z naszej szóstki, ale bez najmniejszego problemu ze skurczami!
Kolejny pirenejski szczyt był mój!
Czułem ogromną satysfakcję i zwyczajną, szczerą radość. Jeszcze rano martwiłem się o nogi, a teraz stałem na wysokim francuskim wierzchołku, mając za sobą wspaniałą przygodę graniową.
Znów dotarłem na szczyt we własnym tempie. I to było najważniejsze.
Panorama francuskich Pirenejów i jezioro w kształcie serca
Widoki z Pic de l’Étang Fourcat były znakomite!
Otwierała się szeroka panorama francuskich Pirenejów, z rozległymi dolinami, skalistymi grzbietami i licznymi jeziorami. W pobliżu dominowały szczyty masywu Tristaina, a dalej rozciągał się surowy, wysokogórski świat Ariège.
Szczególnie zachwycający był widok na jeziora de l’Étang Fourcat oraz położone przy nich Refuge de l’Étang Fourcat, schronisko znajdujące się na wysokości około 2445 m.
Jedno z jezior przypominało swoim kształtem serce!
Ten niezwykły obraz zapadł mi w pamięć. Wśród potężnych gór, ostrych skał i piargów przyroda stworzyła coś tak delikatnego i niemal symbolicznego.
To kolejny przykład, jak wielkim artystą potrafi być natura.
Samo schronisko Fourcat należy do najwyżej położonych schronisk górskich w departamencie Ariège. Znajduje się w sercu dzikiej części francuskich Pirenejów i stanowi ważny punkt na trasach prowadzących przez ten rejon, również dla wędrowców przemierzających wysokogórską trasę Haute Route Pyrénéenne.
Ciekawostką jest, że we wrześniu 2026 roku schronisko zamknięto na czas prac remontowych związanych między innymi z modernizacją sanitariatów, kuchni i gospodarki ściekowej. Ponowne otwarcie planowane jest w 2027 roku, natomiast dostępna pozostaje część zimowa pełniąca funkcję schronu.
Takie samotne schroniska, położone daleko od cywilizacji, zawsze działały na moją wyobraźnię. Patrząc na niewielki budynek pośród skalistych gór, zastanawiałem się, ilu wędrowców znalazło tam schronienie podczas swoich pirenejskich przygód.
Niestety chmur przybywało z każdą chwilą.
Choć panorama nadal zachwycała, coraz więcej górskich wierzchołków znikało za szarą zasłoną. To był wyraźny sygnał, że zapowiadane pogorszenie pogody nadchodzi.
Nie mogliśmy pozostawać na szczycie zbyt długo.
Zrobiliśmy pamiątkowe fotografie i rozpoczęliśmy odwrót.
Zejście odbywało się tą samą drogą. Skaliste fragmenty i piargi wymagały ponownie dużej uwagi, zwłaszcza że przy schodzeniu łatwo o poślizgnięcie lub niewłaściwe postawienie stopy.
Poruszaliśmy się spokojnie, ale sprawnie. W takich miejscach nie ma sensu się spieszyć. Jeden nieostrożny ruch może mieć poważne konsekwencje.
Na szczęście bez problemów dotarliśmy ponownie na Port de Tristaina (2638 m), gdzie wcześniej część naszej grupy rozpoczęła zejście do jezior.
Najtrudniejszy etap wyprawy mieliśmy już za sobą.
Circ de Tristaina. Jesienne królestwo górskich jezior
Z Port de Tristaina skierowaliśmy się w dół, ku jeziorom.
I znów krajobraz zmienił się niemal nie do poznania.
Po skalistej wspinaczce, wąskich przejściach i ekspozycji znaleźliśmy się w łagodniejszym terenie. Ścieżka pozwalała na sprawny marsz, a uwagę mogłem wreszcie poświęcić przede wszystkim otaczającemu pięknu.
Przed nami rozciągał się Circ de Tristaina, wspaniały kocioł polodowcowy, będący jednym z przyrodniczych skarbów Andory.
To właśnie lodowce dawno temu wyrzeźbiły tutejsze zagłębienia, w których po ustąpieniu lodu powstały jeziora. Otaczające je skalne ściany, wygładzone zbocza i piargi tworzą krajobraz tak harmonijny, jakby został zaprojektowany przez wybitnego artystę.
Ale żaden artysta nie dorówna naturze!
Jesienią to miejsce nabiera dodatkowego uroku. Trawiaste zbocza przybierają złociste i brunatne odcienie, gdzieniegdzie widać jeszcze soczystą zieleń, a szare skały pięknie kontrastują z błękitem jezior.
Światło przebijające się przez chmury zmienia kolory niemal z minuty na minutę.
To była prawdziwa magia jesiennych Pirenejów!
Trzy jeziora Tristaina, trzy oblicza górskiego piękna
Największą ozdobą kotła Tristaina są trzy jeziora polodowcowe, położone na różnych wysokościach.
Estany de Més Amunt jest najwyżej położonym i największym z całej trójki. Jego niemal okrągła tafla leży u stóp potężnego Pic de Tristaina (2878 m). Otaczające go skały sprawiają, że krajobraz nabiera surowego, prawdziwie wysokogórskiego charakteru.
Estany del Mig, czyli jezioro środkowe, zachwyca swoim położeniem wśród górskich zboczy. Otwarta przestrzeń pozwala podziwiać otaczające szczyty, a przy spokojnej pogodzie woda zamienia się w naturalne lustro.
Estany Primer jest najniżej położonym i najmniejszym z trzech jezior. Słynie z wyjątkowo niebieskiego koloru wody i otacza je więcej alpejskiej roślinności, dzięki czemu stanowi piękne przejście między surowym światem skał a łagodniejszym krajobrazem doliny.
Każde z nich ma własny charakter. Razem tworzą jednak coś niezwykłego, jeziorną krainę, w której człowiek chciałby zatrzymać czas.
Nie dziwię się, że są jedną z największych atrakcji przyrodniczych Andory.
Co ciekawe, nazwy jezior są bardzo proste i opisowe. W języku katalońskim oznaczają odpowiednio jezioro pierwsze, środkowe oraz położone najwyżej. Dawni mieszkańcy tych terenów nie potrzebowali wyszukanych nazw. Wystarczało im to, co widzieli podczas wędrówek po górach.
Wśród tutejszej roślinności spotyka się także różanecznik alpejski, kwitnący latem na różowoczerwono. Jesienią dominują już inne barwy, ale dolina nadal zachwyca swoją niezwykłą różnorodnością.
My podziwialiśmy jeziora z kolejnych odcinków ścieżki, schodząc w stronę La Coma. Nie robiliśmy pełnej pętli wokół wszystkich trzech zbiorników, dlatego nie będę udawał, że zaglądaliśmy w każdy ich zakątek.
Wystarczyło jednak to, co zobaczyliśmy z góry, żeby pokochać ten rejon.
Camí dels Estanys de Tristaina i ostatnie chwile wśród jezior
Podczas zejścia obraliśmy następnie szlak Camí dels Estanys de Tristaina, kierując się do parkingu przy La Coma, gdzie znajdowały się górna stacja gondoli i dolna stacja kolejki krzesełkowej.
W okolicach jezior poszczególne ścieżki mają swoje nazwy, a ich przebieg przedstawiają turystyczne drogowskazy. Istnieje tu kilka wariantów prowadzących między jeziorami i w stronę ośrodka.
Nasza droga była już znacznie łatwiejsza niż wcześniejsza grań. Mogliśmy maszerować swobodnie, zatrzymując się od czasu do czasu, aby nacieszyć oczy widokami.
Około godziny piętnastej pojawiły się pierwsze krople deszczu.
Na szczęście tylko niegroźnie pokropiło.
Wiedzieliśmy jednak, że pogoda zaczyna się zmieniać zgodnie z zapowiedziami. Był to kolejny dowód, że poranna decyzja Piotra o wyborze krótszej trasy okazała się trafna.
Najważniejsze, że trudne fragmenty grani mieliśmy już dawno za sobą.
Borda de la Coma, kamienne schrony i konie na górskich pastwiskach
Po dotarciu do La Coma spotkaliśmy pozostałych uczestników wyprawy.
Najszybsza część grupy czekała na nas w restauracji Borda de la Coma, położonej w górnej części ośrodka narciarskiego.
To dobre miejsce na odpoczynek po wycieczce, z możliwością posilenia się i skorzystania z zaplecza restauracyjnego. Latem stanowi również dogodny punkt startowy do zwiedzania jezior Tristaina.
Zanim jednak zakończyliśmy dzień, czekała nas jeszcze jedna mała przyjemność.
Podeszliśmy do starych kamiennych schronów znajdujących się powyżej parkingu. Budowle pięknie komponowały się z otoczeniem i przypominały o dawnym, pasterskim charakterze tych terenów.
W okolicy pasły się konie!
To był wyjątkowo malowniczy widok. Spokojne zwierzęta na tle jesiennych zboczy i wysokich gór wyglądały niemal jak żywcem przeniesione z pocztówki.
Mogliśmy podejść blisko i zrobić im piękne fotografie, nie płosząc odpoczywających zwierząt.
Po skalistych graniach, ekspozycji i surowym wysokogórskim krajobrazie taka sielska scena stanowiła niezwykle miłe zakończenie wycieczki.
Pireneje znów pokazały, jak wiele różnych oblicz potrafią mieć podczas jednego dnia.
Od monumentalnych szczytów po spokojne górskie pastwiska. Od skalnej wspinaczki po jeziora i konie odpoczywające wśród jesiennych traw.
W końcu wspólnie zjechaliśmy gondolą do dolnego parkingu przy L’Hortell, gdzie czekał nasz bus.
Sześć godzin, dwa kraje i mnóstwo niezapomnianych chwil
Około godziny szesnastej ruszyliśmy busem z powrotem do naszej bazy w Andorze.
Za nami było mniej więcej sześć godzin górskiej przygody, podczas której sześciu uczestników zdobyło francuski Pic de l’Étang Fourcat.
Sama trasa nie była szczególnie długa, ale nie mieliśmy zamiaru pokonywać jej na czas. Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się, fotografowaliśmy, podziwialiśmy panoramy i zwyczajnie delektowaliśmy się pięknem przyrody leżąc na trawie przy pięknej pogodzie, która wytrzymała do popołudnia… 🙂
Czyż nie po to chodzimy po górach?
Dla mnie ten dzień miał jeszcze jeden, bardzo osobisty wymiar.
Po wczorajszych bolesnych skurczach bałem się, że nie będę w stanie w pełni uczestniczyć w kolejnej wyprawie. Tymczasem rozsądna decyzja o wykorzystaniu kolejek pozwoliła zaoszczędzić siły, a ja mogłem z radością pokonać wymagającą grań i stanąć na drugim pirenejskim szczycie. I to wcale nie łatwym!
Bez skurczów. Bez walki z bólem. Za to z ogromną satysfakcją.
Po raz kolejny przekonałem się, że góry nie wymagają od nas pośpiechu. Wystarczy iść rozsądnie, własnym tempem i umieć cieszyć się każdą chwilą.
Podczas powrotu ponownie zachwyciła mnie dolina Ordino. Jesienne barwy, górskie zbocza i kręta droga tworzyły tak piękną scenerię, że zacząłem nagrywać film przez okno busa.
Chciałem zatrzymać chociaż kawałek tej magii na dłużej.
Wieczorem czekało nas jeszcze zwiedzanie stolicy Andory, ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.
Tymczasem kończył się kolejny niezwykły dzień w Pirenejach.
I choć pierwotnie mieliśmy zdobywać najwyższy szczyt Katalonii, wcale nie żałowałem zmiany planów.
Czasami góry odbierają nam jedno marzenie, żeby niespodziewanie podarować coś równie pięknego.
Informacje praktyczne. Mirador Solar, Pic de l’Étang Fourcat i jeziora Tristaina
| Parametr | Informacja |
|---|---|
| Rejon | Pireneje, Andora i Francja, Ordino-Arcalís |
| Początek wycieczki | L’Hortell, około 1940 m, następnie dwie kolejki |
| Górna stacja gondoli | La Coma, około 2200 m |
| Górna stacja krzesełka | Creussans, około 2625 m |
| Punkt widokowy | Punta de Peiraguils, Mirador Solar, 2701 m |
| Przełęcz graniczna | Port de Tristaina, 2638 m |
| Zdobyty szczyt | Pic de l’Étang Fourcat, 2859 m |
| Czas naszej wycieczki | Około 6 godzin z licznymi postojami |
| Charakter trasy | Widokowa, graniowa, miejscami wspinaczkowa |
| Trudności | Duże na grani i końcowym podejściu |
| Oznakowanie | Grań miejscami nieznakowana, orientacja według kopczyków |
| Powrót | Circ de Tristaina, Camí dels Estanys de Tristaina, La Coma |
| Kolejki | Telecabina de Tristaina i Telecadira de Creussans |
| Najlepsze warunki | Sucha skała, dobra widoczność, stabilna pogoda |
Dla kogo jest ta wycieczka?
Warto pamiętać, że łatwa wycieczka do Mirador Solar i wejście na Pic de l’Étang Fourcat to dwie zupełnie różne rzeczy.
O ile punkt widokowy jest stosunkowo łatwo dostępny dzięki kolejkom, o tyle dalsza trasa graniczną granią wymaga doświadczenia, pewności kroku i umiejętności poruszania się w eksponowanym terenie skalnym.
Najtrudniejsze są odcinki w pobliżu granicy, trawersy stromych zboczy, piargi i końcowe podejście na francuski szczyt. Brak stałych zabezpieczeń oznacza konieczność samodzielnej oceny terenu.
Przy deszczu, oblodzeniu, śniegu, ograniczonej widoczności czy zagrożeniu burzowym trudności wyraźnie rosną. W takich warunkach rozsądniej pozostać przy łatwiejszym wariancie obejmującym Mirador Solar i znakowane ścieżki wokół jezior.
Na szlak warto zabrać solidne buty górskie, mapę offline, odpowiednią odzież, zapas wody i sprawdzić prognozę oraz godziny działania kolejek. Przy planowaniu powrotu należy pozostawić odpowiedni zapas czasu na ostatni kurs.
Alternatywa dla mniej doświadczonych turystów
Osoby, które nie chcą wchodzić na wymagającą grań, mogą połączyć wyjazd kolejkami, zwiedzanie Mirador Solar i osobną spacerową wycieczkę wokół jezior Tristaina.
Klasyczna wycieczka do trzech jezior prowadzi znakowanymi ścieżkami i może być zrealizowana w różnych wariantach. Najkrótsze przejścia liczą około 3,5 km, a dłuższe warianty obejmujące więcej odcinków doliny pozwalają spędzić tutaj kilka godzin.
Jest to znacznie łatwiejsza propozycja niż nasza trasa graniowa, choć również wymaga odpowiedniego obuwia i ostrożności na mokrych kamieniach.
Czy warto odwiedzić Tristaina?
Zdecydowanie tak!
To jeden z tych rejonów, gdzie podczas stosunkowo krótkiej wycieczki można zobaczyć zdumiewającą różnorodność górskich krajobrazów. Monumentalny zegar słoneczny na wysokości 2701 m, rozległe panoramy Francji i Andory, eksponowane granie, dzikie francuskie jeziora, a potem baśniowe otoczenie polodowcowego kotła Tristaina.
Do tego dochodzi jesienna kolorystyka, pasące się konie i cudowna dolina Ordino.
Dla mnie była to druga w ciągu dwóch dni niezapomniana przygoda w Pirenejach.
I co najważniejsze, kolejny dowód, że nie zawsze trzeba realizować pierwotny plan, aby przeżyć jeden z najpiękniejszych dni w górach.
Czytaj dalej. Kolejne górskie opowieści Marcogora
Jeśli nie znasz jeszcze początku naszej pirenejskiej wyprawy, koniecznie przeczytaj relację z wejścia na Coma Pedrosa (2942 m), najwyższy szczyt Andory. To historia o spełnianiu marzeń, walce ze skurczami i wzruszeniu, którego długo nie zapomnę.
A jeśli bliska jest Ci myśl, że w górach najważniejsze jest własne tempo, zapraszam również do lektury Księgi VIII „Kronik Ducha Gór”, poświęconej właśnie temu, jak zmienia się nasze podejście do górskich wyzwań.
Warto również przeczytać opowieść „Dlaczego wracamy w góry?”, w której zastanawiam się nad niezwykłą siłą przyciągania dobrze znanych miejsc.
Polecam także „Czy można zdobyć górę?”, kolejną rozmowę z Duchem Gór o sensie wędrówek, szczytach i prawdziwej wartości górskich przeżyć.
Wszystkie te historie znajdziesz w moim autorskim cyklu „Kroniki Ducha Gór. Rozmowy z Marcogorem”, który rozwija się wraz z kolejnymi przygodami i przemyśleniami.
Mam nadzieję, że razem jeszcze nieraz wybierzemy się w miejsca pełne magii, gdzie przyroda potrafi zaskakiwać na każdym kroku.
Dziękuję, że towarzyszycie mi w tych górskich wędrówkach!
Zapraszam również do obejrzenia galerii fotografii z tej wyprawy. Zobaczycie w niej majestat francuskich Pirenejów, niezwykły Mirador Solar, magiczne jeziora Tristaina, emocjonującą grań i urocze konie na górskich pastwiskach.
Jeżeli podoba Ci się moja twórczość i chcesz pomóc mi rozwijać bloga oraz czytać kolejne górskie przygody, możesz postawić Marcogorowi symboliczną kawę przez serwis wspierający twórców BuyCoffee. Każde takie wsparcie to dla mnie wielka radość i dodatkowa motywacja do dzielenia się pięknem gór!
Do zobaczenia na szlaku! Z górskim pozdrowieniem
Marcogor





































