Wybierz stronę

Lho La 1989. Pięciu Polaków, jedna lawina i największa tragedia w historii polskiego himalaizmu

Lho La 1989. Pięciu Polaków, jedna lawina i największa tragedia w historii polskiego himalaizmu

Są takie miejsca w górach, których nazwy na zawsze kojarzą się z tragedią. Wystarczy je wypowiedzieć, a za nimi pojawiają się ludzkie twarze, niespełnione marzenia i historie, o których trudno zapomnieć.

Jednym z nich jest Lho La. Wysoka, ośnieżona przełęcz ukryta w cieniu Mount Everestu, pomiędzy Nepalem a Tybetem. Miejsce surowe, niegościnne, a jednocześnie niezwykle piękne.

W maju 1989 roku sześciu polskich himalaistów próbowało tędy wrócić do bazy po zakończeniu wyprawy na najwyższą górę świata. Kilka dni wcześniej dwóch z nich odniosło wielki sukces, stając na wierzchołku Everestu.

Teraz wszyscy marzyli już tylko o bezpiecznym powrocie.

Nie wiedzieli, że od miejsca, w którym będą mogli odetchnąć z ulgą, dzieli ich zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Przełęcz Lho La i masyw KhumbutseMiejsce tragedii, na granicy Nepalu i Tybetu.

Przełęcz Lho La i masyw Khumbutse. Miejsce tragedii, na granicy Nepalu i Tybetu. 

27 maja ze stoków Khumbutse runęła potężna lawina. Porwała całą szóstkę. Pięciu wspinaczy już nigdy nie wróciło do domu.

Ocalał tylko jeden.

Tak rozpoczął się dramat, który przeszedł do historii jako największa tragedia polskiego himalaizmu.

Góra marzeń i droga, którą niewielu wybierało

Żeby zrozumieć wydarzenia z maja 1989 roku, trzeba najpierw spojrzeć na mapę.

Mount Everest nie jest samotną piramidą wyrastającą z himalajskich dolin. To potężny masyw otoczony graniami, lodowcami i ścianami, które tworzą skomplikowany labirynt.

Na zachód od niego znajduje się przełęcz Lho La, położona na wysokości około 6026 m n.p.m. Dalej wyrasta Khumbutse, którego stoki opadają w stronę lodowca Khumbu.

Dzisiaj większość wypraw podążających na Everest od strony Nepalu korzysta z drogi przez lodospad Khumbu i Przełęcz Południową. Polacy w 1989 roku obrali znacznie trudniejszy wariant.

Ich celem była droga prowadząca przez masyw Khumbutse, Lho La i zachodnią grań Everestu, w górnej części wykorzystująca rejon słynnego Kuluaru Hornbeina.

Eugeniusz Chrobak i Andrzej HeinrichHistoryczna fotografia obu wspinaczy znajduje się w „Taterniku” 4/2004, strona 48.

Eugeniusz Chrobak i Andrzej Heinrich. Historyczna fotografia obu wspinaczy znajduje się w „Taterniku” 4/2004, strona 48. Źródło: Goat.cz

Było to ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Trzeba było zakładać kolejne obozy, transportować sprzęt, poręczować niebezpieczne odcinki i zmagać się z wysokością, na której organizm powoli traci siły.

Kierownikiem wyprawy był Eugeniusz Chrobak, jeden z najwybitniejszych polskich alpinistów swojego pokolenia. Człowiek o ogromnym doświadczeniu zdobytym między innymi w Tatrach, Alpach i Karakorum.

Towarzyszyli mu równie znakomici wspinacze. Wśród nich Andrzej „Zyga” Heinrich, legenda polskiego alpinizmu, oraz znacznie młodszy Andrzej Marciniak, dla którego była to pierwsza wyprawa w Himalaje.

Byli też Mirosław „Falco” Dąsal, Mirosław Gardzielewski i Wacław Otręba.

Wiosną 1989 roku całą szóstkę połączyła jedna góra.

Niektórzy mieli za sobą dziesiątki lat wspinania. Inni dopiero rozpoczynali wielką wysokogórską przygodę.

Uczestnicy wyprawy z 1989 rokuFotografie z archiwum Artura Hajzera, opublikowane przez Polskie Radio.

Uczestnicy wyprawy z 1989 roku. Fotografie z archiwum Artura Hajzera, opublikowane przez Polskie Radio. Żródło: polskieradio24.pl

Wszyscy wiedzieli jednak, że na tej drodze nie można pozwolić sobie na lekceważenie gór.

24 maja. Triumf na dachu świata

Wyprawa rozpoczęła działalność wiosną. Już 1 kwietnia założono pierwszy obóz w rejonie Lho La. Kolejne powstawały coraz wyżej, aż do obozu V, położonego na wysokości około 8000 metrów.

Pogoda nie rozpieszczała wspinaczy. Silny wiatr, mróz i śnieg skutecznie utrudniały kolejne próby zdobycia szczytu.

Na wysokość około 8500 metrów dotarli Mirosław Dąsal i Mirosław Gardzielewski, ale musieli zawrócić.

Ostatecznie do decydującego ataku przystąpili Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak.

24 maja, około pierwszej w nocy, opuścili najwyższy obóz.

Przed nimi była długa droga ku wierzchołkowi, wymagająca wspinaczki w ekstremalnych warunkach i korzystania ze sprzętu tlenowego.

Godziny mijały.

Na tej wysokości każdy krok kosztuje ogromny wysiłek. Nawet proste czynności stają się wyzwaniem, a organizm walczy o każdy oddech.

Andrzej Marciniak zdobywca Everestu. Żródło: Himalman’s Weblog

Dopiero około godziny 20 obaj Polacy stanęli na szczycie Mount Everestu.

Wyobraźmy sobie tę chwilę.

Najwyższa góra świata. Zapadający wieczór. Dookoła niekończące się morze himalajskich szczytów.

Chrobak osiągnął cel, do którego dążył przez lata. Marciniak, debiutujący w Himalajach, znalazł się na dachu świata.

To powinien być jeden z najpiękniejszych dni ich życia.

Ale w górach wejście na szczyt oznacza dopiero połowę drogi.

Przed nimi pozostawało zejście, a sił było coraz mniej.

Do obozu V wrócili dopiero około trzeciej nad ranem.

Zdołali pokonać Everest. Nie mogli jeszcze wiedzieć, jaką cenę przyjdzie zapłacić za powrót.

Pułapka na przełęczy Lho La

Kiedy Chrobak i Marciniak schodzili z góry, na Lho La czekali ich koledzy.

Mirosław Dąsal i Mirosław Gardzielewski pozostali w rejonie przełęczy, zabezpieczając powrót zespołu szczytowego. Dołączyli do nich Andrzej Heinrich i Wacław Otręba.

Przełęcz Lho La nad lodowcem Khumbu w masywie Mount Everestu

Przełęcz Lho La, w rejonie której w maju 1989 roku rozegrała się największa tragedia polskiego himalaizmu. Fot. McKay Savage, Wikimedia Commons, CC BY 2.0.

Wkrótce wszyscy znaleźli się razem.

Sześciu polskich himalaistów. Zmęczonych, ale świadomych, że wielka wyprawa dobiega końca.

Tymczasem pogoda zaczęła się gwałtownie pogarszać.

Nadszedł okres intensywnych opadów, związany z wcześniejszym nadejściem monsunu. Śniegu przybywało, widoczność malała, a stoki stawały się coraz bardziej niebezpieczne.

Największy problem polegał na tym, że Lho La nie była końcem trudności.

Aby wrócić do bazy od strony Nepalu, wspinacze musieli najpierw ponownie pokonać fragment masywu Khumbutse.

To właśnie jedna z najbardziej zdradliwych cech tej drogi. Człowiek schodzący z Everestu, wyczerpany wielodniowym wysiłkiem, musi jeszcze wspinać się pod górę.

Polacy znaleźli się w pułapce.

Czekać na poprawę pogody, ryzykując zasypanie obozu?

Czy ruszać przez zagrożone lawinami stoki?

27 maja zdecydowali się na odwrót.

Khumbutse nad lodowcem Khumbu i bazą pod Everestem

Potężny masyw Khumbutse, z którego stoków 27 maja 1989 roku zeszła lawina, zabierając sześciu polskich wspinaczy. Fot. Peellden, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.

Nie była to łatwa decyzja. Ale pozostanie na przełęczy również mogło skończyć się tragicznie.

Około godziny dziesiątej rozpoczęli przejście przez kuluar na stokach Khumbutse.

Przed nimi był ostatni poważny odcinek drogi do domu.

27 maja. Kilkadziesiąt metrów od ocalenia

Śnieg sięgał miejscami pasa. Wspinacze poruszali się powoli, korzystając z przygotowanych wcześniej lin poręczowych.

Byli zmęczeni. Walczyli z głębokim śniegiem i coraz trudniejszymi warunkami.

Około godziny trzynastej znajdowali się już blisko bezpieczniejszego terenu.

Według późniejszej relacji Andrzeja Marciniaka od rozwidlenia żlebu, w którym zagrożenie byłoby mniejsze, dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt metrów.

I wtedy wszystko się wydarzyło.

Ze stoków Khumbutse ruszyła potężna masa śniegu.

Nie było czasu na ucieczkę.

Lodowiec Khumbu oraz himalajskie szczyty Khumbutse i Changtse

Lodowiec Khumbu i górujące nad nim szczyty Khumbutse oraz Changtse. Pomiędzy nimi leży rejon przełęczy Lho La. Fot. Goutam1962, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0.

Lawina wdarła się do kuluaru, zerwała poręczówki i porwała wszystkich sześciu wspinaczy.

Ludzie, liny, plecaki i sprzęt polecieli w dół.

Kilkaset metrów bezładnego spadania w śnieżnym żywiole.

Nie sposób wyobrazić sobie siły, z jaką rozpędzona lawina rzuca człowiekiem o twarde podłoże.

Kiedy wszystko ucichło, na lawinisku leżeli polscy himalaiści.

Andrzej Marciniak odzyskał przytomność.

Był potłuczony, krwawił, miał uszkodzone zęby i bolały go żebra.

Ale żył.

Wokół niego znajdowali się koledzy.

Rozpoczął desperacką próbę ratowania każdego z nich.

Mirosław Dąsal, Mirosław Gardzielewski i Wacław Otręba zginęli wskutek obrażeń odniesionych w lawinie. Andrzej Heinrich, ciężko ranny, zmarł niedługo po katastrofie.

Marciniak odnalazł także Eugeniusza Chrobaka.

Zachodnia grań Mount Everestu w Himalajach

Zachodnia grań Everestu, związana z ambitną drogą polskiej wyprawy z 1989 roku. Fot. Vyacheslav Argenberg, Wikimedia Commons, CC BY 4.0.

Kierownik wyprawy jeszcze żył, ale miał złamaną nogę i znajdował się w bardzo ciężkim stanie.

Z całej szóstki pozostali tylko oni dwaj.

Wokół panowała śnieżna pustka.

Nadchodziła noc.

Ostatnia noc Eugeniusza Chrobaka

Trudno znaleźć słowa, które oddałyby dramat tej nocy.

Marciniak i Chrobak pozostali na lawinisku, wysoko w Himalajach, w fatalnych warunkach pogodowych.

Byli ranni, wyczerpani i praktycznie pozbawieni możliwości ucieczki.

Marciniak próbował zabezpieczyć siebie i przyjaciela przed zimnem. Odnajdywał w śniegu fragmenty wyposażenia, które mogły pomóc im przetrwać.

W nocy dosięgnęła ich kolejna masa śniegu. Marciniak musiał ponownie odkopywać towarzysza.

Mimo obrażeń i ogromnego wyczerpania nie przestawał walczyć.

Nad ranem 28 maja Eugeniusz Chrobak już nie żył.

Baza pod Mount Everestem i lodospad Khumbu widziane z Kala Patthar

Widok z Kala Patthar na bazę pod Everestem oraz lodospad Khumbu. Fot. Uwe Gille, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.

Człowiek, który zaledwie cztery dni wcześniej stanął na najwyższej górze świata, zmarł podczas odwrotu, tak blisko drogi prowadzącej ku ocaleniu.

Marciniak został sam.

Wokół leżało pięciu jego przyjaciół.

Musiał podjąć decyzję, którą trudno sobie wyobrazić.

Pozostać przy zmarłych czy spróbować ocalić własne życie?

Wybrał życie.

Nie dlatego, że tragedia przestała mieć znaczenie.

Dlatego, że tylko on mógł jeszcze wrócić i opowiedzieć, co wydarzyło się na stokach Khumbutse.

Ślepy wśród himalajskich śniegów

Marciniak odnalazł radiotelefon i nawiązał kontakt z bazą.

Koledzy dowiedzieli się o katastrofie.

Pomoc nie mogła jednak nadejść szybko. W górach padał śnieg, a stoki były zagrożone kolejnymi lawinami.

Satelitarny widok rejonu Lho La, Khumbutse i lodowca Khumbu

Niezwykłe zdjęcie rejonu Lho La i Khumbutse wykonane 6 stycznia 2011 roku z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Fot. NASA, domena publiczna

Ranny wspinacz postanowił samodzielnie przedostać się do obozu na Lho La.

W czasie ratowania kolegów stracił okulary przeciwsłoneczne.

Na wysokości około sześciu tysięcy metrów, gdzie promieniowanie słoneczne odbija się od śniegu z ogromną intensywnością, był to kolejny dramat.

Rozwinęła się u niego ślepota śnieżna.

Wyobraźmy sobie człowieka z poranioną twarzą, bolącymi żebrami i poważnymi trudnościami z widzeniem, który próbuje odnaleźć namiot w bezkresnym, białym świecie.

Krajobraz wysokogórski na trasie z Lobuche do Gorak Shep w rejonie Khumbutse

Krajobraz wysokogórski na trasie z Lobuche do Gorak Shep w rejonie Khumbutse. Ujęcie z 5 maja 2013 roku, wykonane na wysokości około 5280 metrów. Fot. Thomas Fuhrmann, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.

Każdy krok mógł prowadzić do szczeliny lodowcowej.

Każde zatrzymanie groziło wychłodzeniem.

Marciniak z ogromnym trudem dotarł do obozu. Odnalazł namiot, w którym znajdowało się wyposażenie pozwalające przetrwać kolejne dni.

Nie widział jednak niemal nic.

Przez radio otrzymywał wskazówki od ludzi w bazie. Lekarz wyprawy próbował pomagać mu na odległość.

Wspominając później te chwile, opowiadał o strachu, samotności, braku jedzenia i nieustannym oczekiwaniu na ratunek.

Nie miał pewności, czy ktoś zdoła do niego dotrzeć.

Widok z lotu ptaka na zachodnią grań Everestu i przełęcz Lho La

Lotniczy widok na masyw Everestu, jego zachodnią grań oraz rejon Lho La. Fot. Deutsches Zentrum für Luft- und Raumfahrt, Wikimedia Commons, CC BY 3.0.

A jednak trwał.

Dzień po dniu.

W miejscu, z którego dla pięciu jego przyjaciół nie było już powrotu.

Artur Hajzer i ratunek, który wydawał się niemożliwy

W tym samym czasie w Katmandu znajdował się Artur Hajzer.

Wiadomość o tragedii dotarła do niego nocą.

Hajzer, wcześniej związany z wyprawą, natychmiast rozpoczął organizowanie pomocy.

Początkowo próbowano znaleźć śmigłowiec zdolny do lotu na wysokość około sześciu tysięcy metrów.

Pojawiały się kolejne pomysły, rozmowy z pilotami, ambasadami i urzędnikami.

W działania angażowali się ludzie różnych narodowości. Pomagał Reinhold Messner. Informacji i możliwości szukała znana himalajska kronikarka Elizabeth Hawley.

Problemów było mnóstwo.

Trwał rok 1989. Nepal zmagał się z kryzysem paliwowym, Chiny ograniczały kontakty ze światem, a w Polsce zbliżały się historyczne wybory 4 czerwca.

Panorama masywu Mount Everestu z Khumbutse, Nuptse i lodowcem Khumbu

Rozległy widok na masyw Everestu i sąsiednie szczyty. Fot. Fabien1309, Wikimedia Commons, domena publiczna.

Tymczasem każda kolejna godzina mogła decydować o życiu Marciniaka.

W końcu pojawił się pomysł, który zmienił wszystko.

Skoro do uwięzionego wspinacza nie da się dotrzeć od strony Nepalu, można spróbować dostać się do niego od strony Tybetu.

Przełęcz Lho La znajduje się przecież na granicy obu krajów.

Po uzyskaniu niezbędnych zgód Hajzer ruszył samochodem w stronę chińskiej bazy pod Everestem.

Towarzyszyli mu między innymi dwaj nowozelandzcy wspinacze: Rob Hall i Gary Ball, a także znający teren Szerpowie.

Khumbutse, Changtse i rejon lodowca Khumbu na podejściu do bazy pod Everestem

Khumbutse, Changtse i rejon lodowca Khumbu na podejściu do bazy pod Everestem. Ujęcie z 5 maja 2013 roku, wykonane na wysokości około 5280 metrów. Fot. Thomas Fuhrmann, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.

Rozpoczął się wyścig z czasem.

Wielogodzinna jazda trudnymi drogami, przekraczanie granic, kolejne kilometry przez tybetański płaskowyż.

A potem marsz w stronę lodowca Rongbuk i podejście na przełęcz.

Na początku czerwca ratownicy dotarli do Marciniaka.

Żył.

Co więcej, odzyskiwał już wzrok.

Po dniach samotności usłyszał wreszcie głosy ludzi, którzy naprawdę przyszli po niego.

Tym razem nie była to obietnica przekazywana przez radio.

Pomoc stała przed nim.

Changtse, zachodnie ramię Mount Everestu i Nuptse w Himalajach.

Changtse, zachodnie ramię Mount Everestu i Nuptse w Himalajach.
Panorama pokazująca kluczowe fragmenty masywu związane z drogą polskiej wyprawy. Autor Wiaczesław Argenberg. Wikimedia.org

2 czerwca 1989 roku Andrzej Marciniak był już w Katmandu.

Wrócił z miejsca, które zabrało mu pięciu przyjaciół.

Pięć nazwisk, których nie wolno zapomnieć

W lawinie na stokach Khumbutse i w następstwie odniesionych obrażeń zginęli:

  • Eugeniusz Chrobak – kierownik wyprawy, doświadczony alpinista, zdobywca Everestu z 24 maja 1989 roku.
  • Mirosław „Falco” Dąsal – wybitny wspinacz, autor wspomnień wydanych pod tytułem „Każdemu jego Everest”.
  • Mirosław Gardzielewski – uczestnik trudnych prób szczytowych, jeden z ludzi zabezpieczających odwrót kolegów.
  • Zygmunt Andrzej „Zyga” Heinrich – legenda polskiego alpinizmu i himalaizmu, człowiek związany z wieloma ważnymi wyprawami.
  • Wacław Otręba – doświadczony wspinacz, uczestnik zespołu, który pozostał wysoko w górach, by wspierać towarzyszy.

Każdy z nich miał własne życie, rodzinę, przyjaciół i plany.

Nie byli jedynie nazwiskami zapisanymi w kronikach.

Byli ludźmi, którzy kochali góry.

Warto też pamiętać o niezwykłym splocie późniejszych losów uczestników akcji ratunkowej.

Lodowiec Khumbu oraz Lingtren, Khumbutse, Changtse i przełęcz Lho La.

Lodowiec Khumbu oraz Lingtren, Khumbutse, Changtse i przełęcz Lho La.
Fot. Goutam1962. Wikimedia Commons

Gary Ball zmarł w 1993 roku podczas wyprawy na Dhaulagiri. Rob Hall zginął na Evereście w czasie słynnej katastrofy z maja 1996 roku.

Artur Hajzer odszedł w 2013 roku podczas wyprawy na Gaszerbrum I.

Sam Andrzej Marciniak, jedyny ocalały z lawiny na Lho La, zginął w 2009 roku w Tatrach.

Ludzie, których połączyła tamta dramatyczna historia, sami z czasem stali się częścią historii wielkich gór.

Lho La. Góry pamiętają

Minęło już ponad trzydzieści siedem lat od tamtych wydarzeń.

Everest nadal przyciąga kolejne wyprawy. Na jego stokach pojawiają się nowi wspinacze, powstają nowe plany, a ludzie wciąż próbują przesuwać granice swoich możliwości.

Także okolice Lho La pozostają terenem działalności alpinistów.

Ale dla każdego, kto zna historię polskiej wyprawy z 1989 roku, ta nazwa ma szczególne znaczenie.

Bo przecież tragedia nie wydarzyła się podczas desperackiego ataku na szczyt.

Stało się to podczas powrotu.

Khumbutse, Changtse i zachodnie ramię Everestu na trasie do bazy.

Khumbutse, Changtse i zachodnie ramię Everestu. Autor Rohit Sharma. Wikimedia Commons

Kiedy największe trudności wydawały się już za nimi. Kiedy zrobili to, po co przyjechali w Himalaje. Kiedy mogli wierzyć, że za kilka dni będą opowiadać bliskim o swoim sukcesie.

Czasami zastanawiam się, jak łatwo w górach zapominamy o tej prostej prawdzie.

Szczyt jest tylko jednym z etapów wędrówki.

Najważniejsze jest wrócić.

Panorama lodowca Khumbu oraz szczytów Pumori, Lingtren, Khumbutse i Changtse

Panorama lodowca Khumbu oraz szczytów Pumori, Lingtren, Khumbutse i Changtse. Szeroka panorama masywu, pozwalająca zrozumieć położenie Khumbutse. Fot. Goutam1962, Wikimedia Commons. CC BY-SA 4.0.

Znam to uczucie, kiedy po długiej górskiej trasie człowiek dostrzega już bezpieczną dolinę. Nogi są ciężkie, myśli uciekają ku odpoczynkowi, a w głowie pojawia się radosne przekonanie, że wszystko, co najtrudniejsze, zostało za nami.

Tymczasem góry nie wiedzą, że właśnie uznaliśmy wyprawę za zakończoną.

I nie robią wyjątku dla zdobywców najwyższych szczytów.

Dziś przełęcz Lho La nadal leży w cieniu Everestu. Ponad nią wznosi się Khumbutse, a śnieg i lód powoli zmieniają krajobraz.

Nie ma tam pomnika, który potrafiłby opowiedzieć wszystko, co wydarzyło się 27 i 28 maja 1989 roku.

Pozostała jednak pamięć.

O pięciu ludziach, którzy nie wrócili.

O jednym, który przeżył, choć wydawało się to niemożliwe.

Janusz Majer i Mirosław „Falco” Dąsal w namiocie

Janusz Majer i Mirosław Dąsal podczas polskiej wyprawy na Everest w 1989 roku.
Autentyczna fotografia z wyprawy. Fot. Archiwum Artura Hajzera, opublikowana przez Polskie Radio.

I o tych, którzy ruszyli mu na ratunek, nie pytając, czy przedsięwzięcie ma szanse powodzenia.

Bo właśnie takie historie przypominają, że wielkość himalaizmu nie mierzy się wyłącznie wysokością zdobytych szczytów.

Czasem mierzy się również odwagą człowieka, który wraca po drugiego człowieka.

A największym zwycięstwem nie zawsze jest wejście na górę.

Czasami jest nim powrót do domu.


Źródła

Artykuł opracowano na podstawie relacji uczestników wydarzeń, historycznych publikacji wspinaczkowych i materiałów archiwalnych:

Literatura uzupełniająca: Mirosław Dąsal, „Każdemu jego Everest” – wspomnienia wspinacza, z epilogiem zawierającym relację Andrzeja Marciniaka zebraną przez Andrzeja Marcisza.

Andrzej Marciniak, Artur Hajzer, Rob Hall i Gary Ball po akcji ratunkowej w 1989 roku.

Andrzej Marciniak, Artur Hajzer, Rob Hall i Gary Ball po akcji ratunkowej w 1989 roku w rejonie lodowca Rongbuk. Źródło: 4sport.ua.

Czytaj dalej

Jeżeli lubisz opowieści o prawdziwych wydarzeniach, ludzkich losach i tajemnicach gór, zapraszam również do innych Górskich Historii:

Jeśli ta historia Cię poruszyła, zajrzyj także do pozostałych opowieści na blogu. A jeśli masz ochotę wesprzeć moją pracę nad odkrywaniem i opisywaniem górskich historii, możesz postawić mi symboliczną kawę.

Dziękuję, że wędrujesz razem ze mną. Z górskim pozdrowieniem

Marcogor

PS. Zdjęcie główne: Panorama potężnych szczytów zachodniego otoczenia Everestu. Fot. Goutam1962, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O autorze

marcogor

Bloger z Gorlic, górołaz opisujący swoje górskie wyprawy, zakochany w Tatrach, miłośnik górskich wędrówek i wszystkiego piękna natury. Góry to moja pasja i mój drugi dom.

POSTAW KAWĘ AUTOROWI

TURYSTYKA – GÓRY – PODRÓŻE – BLOG ISTNIEJE OD II.2012

Pasma Górskie

Translate »