Wybierz stronę

O szlaku, który nie istnieje. Zapomniana historia Głównego Szlaku Karpackiego

O szlaku, który nie istnieje. Zapomniana historia Głównego Szlaku Karpackiego

Wyobraź sobie taką wędrówkę.

Wyruszasz z Ustronia. Przed Tobą Beskid Śląski, potem Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki i Niski. Dalej Bieszczady, połoniny, dzikie grzbiety i coraz mniej znajome nazwy. Mijają dni, może tygodnie. Plecak staje się cięższy, buty zdążyły już poznać niejedną górską ścieżkę, a Ty wciąż idziesz na wschód.

W końcu docierasz do miejsca, w którym dzisiejszy turysta kończy swoją wielką beskidzką przygodę. Do Wołosatego.

Schronisko na Lubaniu, 1938 rok, źródło: Narodowe Archiwum CyfroweCzytaj więcej na: https://satkurier.pl/news/193001/cztery-wieze-z-widokiem-na-tatry-cz-2-luban.html/4

Schronisko na Lubaniu, 1938 rok, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ale na Twojej starej mapie czerwony szlak biegnie dalej.

Za granicą czekają Bieszczady Wschodnie. Potem potężne Gorgany, Czarnohora z Howerlą i Popem Iwanem, a na samym końcu niemal zapomniane Góry Czywczyńskie.

Idziesz przez góry, które przed wojną należały do Polski. Przez doliny pełne drewnianych domów, huculskie osady, dawne przełęcze graniczne i schroniska, po których dzisiaj pozostały najczęściej fotografie.

To nie jest wymyślona trasa.

Zabudowania ukraińskiej miejscowości Sianki na tle zielonych wzgórz i lasów

Współczesne Sianki, widziane z polskiej strony granicy we wrześniu 2008 roku. Przed wojną miejscowość stanowiła ważny ośrodek turystyki w Karpatach. Fot. Red 81 / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Taki szlak naprawdę istniał. W latach trzydziestych XX wieku tworzył jedną z najpiękniejszych i najambitniejszych górskich dróg w naszej części Europy.

Dzisiaj znamy Główny Szlak Beskidzki prowadzący z Ustronia do Wołosatego. Tymczasem jego przedwojenna historia sięgała znacznie dalej.

Zapraszam Cię więc na niezwykłą wędrówkę. Bez plecaka i zmęczonych nóg, za to ze starą mapą, odrobiną wyobraźni i historią ludzi, którzy uwierzyli, że można połączyć wielkie połacie Karpat jednym czerwonym szlakiem.

Pomysł, który wyprzedził swoją epokę

Cofnijmy się do roku 1923.

Polska od zaledwie kilku lat ponownie istnieje na mapie Europy. Turystyka górska rozwija się, ale wędrowanie po Beskidach wygląda zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Szczyt Pikuja z resztkami śniegu, widziany ponad wiosennymi drzewami i zabudowaniami.

Pikuj, najwyższy szczyt całych Bieszczadów, położony po ukraińskiej stronie Karpat. Widok z drogi E50 w kwietniu 2012 roku. Fot. Serhij Krynycia (Haidamac) / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

Szlaków jest niewiele. Niektóre prowadzą tylko do schronisk, inne kończą się na szczytach. Brakuje wielkiej drogi, którą można byłoby przemierzać całe pasma, dzień po dniu, bez ciągłego zastanawiania się, którędy ruszyć dalej.

Wtedy pojawia się pomysł Kazimierza Sosnowskiego.

Ten znakomity krajoznawca i popularyzator turystyki proponuje stworzenie głównego szlaku biegnącego przez najbardziej interesujące partie Beskidów. Swoją koncepcję przedstawia w 1923 roku na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Idea jest prosta, ale jakże piękna.

Turysta powinien móc przechodzić od pasma do pasma, a schroniska należałoby rozmieszczać tak, by dzielił je mniej więcej dzień marszu.

Zalesiona góra Grofa z jasnymi skalnymi rumowiskami w szczytowych partiach.

Grofa w Gorganach, jedno z charakterystycznych wzniesień surowego pasma Karpat Wschodnich, sierpień 2006 roku. Fot. Tomasz Kuran (Meteor2017) / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

Wyobraźmy sobie, jak wielkie przedsięwzięcie oznaczało to sto lat temu.

Nie było odbiorników GPS, aplikacji z mapami, telefonów pozwalających jednym kliknięciem sprawdzić przebieg ścieżki. Trzeba było poznawać teren, rozmawiać z mieszkańcami, korzystać z istniejących dróg i mozolnie wyznaczać nowe przejścia.

Do tego dochodziło malowanie znaków, przygotowywanie map i przewodników oraz budowa infrastruktury.

Sosnowski dostrzegł jednak coś, co dzisiaj wydaje nam się oczywiste: góry można poznawać nie tylko podczas pojedynczego wejścia na szczyt.

Można przez nie podróżować.

I właśnie tak narodził się Główny Szlak Beskidzki.

Kazimierz Sosnowski i czerwona droga przez Beskidy

Prace znakarskie rozpoczęły się w 1924 roku.

Pierwszym wielkim zadaniem było połączenie Ustronia w Beskidzie Śląskim z Krynicą. Zachodnią część przedsięwzięcia realizowano przez kilka sezonów, aż do zakończenia zasadniczych prac w 1929 roku.

Odkryty górski grzbiet Sywuli z jasnymi pasami skalnymi i zielonymi zboczami.

Sywula, najwyższy szczyt Gorganów, na fotografii z sierpnia 2006 roku. Charakterystyczne skały i rozległe grzbiety nadają temu pasmu niezwykły wygląd. Fot. Tomasz Kuran (Meteor2017) / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

Szlak poprowadzono przez najciekawsze partie beskidzkiego świata.

Były na nim rozległe grzbiety, widokowe szczyty, rozrzucone po stokach osady, beskidzkie lasy i schroniska, które z czasem stawały się naturalnymi przystankami podczas długich wędrówek.

Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc tej drogi była Babia Góra.

Diablak, wznoszący się na 1725 m n.p.m., do dziś jest najwyższym punktem współczesnego Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Kto miał okazję stanąć na Babiej Górze podczas silnego wiatru, ten doskonale rozumie, że nawet góry nieprzekraczające dwóch tysięcy metrów potrafią pokazać swoje surowe oblicze.

Sam wracałem na Diablak wielokrotnie. Jedną z takich wypraw opisałem w relacji z wejścia na Babią Górę od Polany Stańcowej w Lipnicy Wielkiej.

Ale dla twórców szlaku Babia Góra była tylko jednym z przystanków.

Ich marzenie sięgało daleko poza Beskidy Zachodnie.

Stożkowaty szczyt Chomiaka w Gorganach, oglądany ze skalistego grzbietu Siniaka.

Chomiak widziany z Siniaka w sierpniu 2017 roku. Przed wojną w tej części Gorganów działało schronisko PTT imienia Mieczysława Orłowicza. Fot. Maximym44 / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Mieczysław Orłowicz i wielka wyprawa na wschód

Na drugim krańcu polskich Karpat działał człowiek równie niezwykły.

Mieczysław Orłowicz.

Prawnik, geograf, krajoznawca, autor przewodników i jeden z najwybitniejszych organizatorów polskiej turystyki. Człowiek, którego nazwisko na zawsze pozostało związane z odkrywaniem gór.

To właśnie Orłowicz zaprojektował zasadniczy przebieg wschodniej części wielkiego szlaku.

Jego świat zaczynał się tam, gdzie dla większości dzisiejszych polskich turystów Karpaty właściwie się kończą.

Za Bieszczadami rozciągały się kolejne pasma: Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora i Góry Czywczyńskie.

Nazwy, które jeszcze przed wojną pobudzały wyobraźnię wędrowców.

Orłowicz dobrze znał te tereny. Był związany z turystycznym środowiskiem Lwowa, gdzie już na początku XX wieku współtworzył Akademicki Klub Turystyczny.

Drewniana przydrożna budowla za ogrodzeniem i ozdobny napis na Przełęczy Jabłonickiej.

Zabudowania przy Przełęczy Jabłonickiej, dawniej Tatarskiej, na dzisiejszej Ukrainie. Przed wojną przełęcz leżała na granicy Polski i Czechosłowacji. Fot. Maxim Gavrilyuk / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0

Jego pomysł nie był jednak przedsięwzięciem jednego człowieka.

Ogromną rolę odegrały oddziały Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, miejscowi działacze i znakarze. W Gorganach przebieg szlaku wyznaczono według propozycji Adama Lenkiewicza, prezesa Oddziału Lwowskiego PTT.

Powstawała droga, która miała połączyć nie tylko góry, ale także odległe od siebie środowiska turystyczne, regiony i kultury.

I właśnie w tym tkwiło jej szczególne piękno.

Sianki, czyli miejsce, w którym zaczynała się druga wielka przygoda

Spróbujmy przenieść się do Sianek.

Przed wojną była to ważna miejscowość turystyczna przy linii kolejowej prowadzącej przez Karpaty. Przyjeżdżali tutaj narciarze, miłośnicy gór i turyści wybierający się na wschodniokarpackie wędrówki.

Howerla widziana ponad łąką i świerkowym lasem pod zachmurzonym niebem.

Howerla, najwyższy szczyt Ukrainy, widziana od północnego zachodu we wrześniu 2018 roku. Dawny Główny Szlak Karpacki prowadził również przez jej wierzchołek. Fot. Albrecht Köhler / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Działały schroniska i pensjonaty. Pociąg pozwalał dotrzeć do tego odległego zakątka kraju znacznie wygodniej niż pieszo.

Dziś Sianki kojarzą nam się przede wszystkim z Bieszczadami, źródłami Sanu i granicą państwową. Przed wojną były jednym z ważnych punktów wielkiej karpackiej trasy.

Właśnie tutaj rozpoczynała się wyraźnie wyodrębniona wschodniokarpacka część szlaku.

Na mapach można prześledzić, jak dawne czerwone oznakowanie prowadziło z rejonu Sianek ku dalszym grzbietom, oddalając się od terenów, które dzisiaj należą do Polski.

Warto pamiętać, że dawny przebieg granic był inny niż współczesny. Dlatego dokładne odtworzenie całej drogi wymaga porównywania przedwojennych map z dzisiejszą topografią.

A kiedy patrzy się na archiwalne fotografie Sianek, trudno nie poczuć żalu.

Widać drewniane budynki, grupy turystów, ludzi szykujących się do drogi. Jeden z zachowanych kadrów przedstawia nawet Mieczysława Orłowicza przed schroniskiem Przemyskiego Towarzystwa Narciarzy w 1936 roku.

Szeroka jesienna panorama Czarnohory z wyraźnym stożkowym szczytem Howerli i złocistymi połoninami.

Jesienne połoniny i panorama Czarnohory z Howerlą, październik 2019 roku. Takie rozległe górskie krajobrazy stanowiły jedną z największych atrakcji dawnego szlaku. Fot. Nata Mostova / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

To piękny dokument czasów, kiedy wielkie wędrówki przez Karpaty Wschodnie nie były tylko marzeniem.

Były codziennością ludzi zakochanych w górach.

Pikuj, czyli prawdziwy dach Bieszczadów

Z Sianek przenieśmy się wyobraźnią ku Pikujowi.

To szczyt, który potrafi zaskoczyć niejednego polskiego turystę.

Zapytajmy przypadkowego miłośnika Bieszczadów o najwyższy szczyt tego pasma. Najczęściej usłyszymy: Tarnica.

Tymczasem Tarnica, mająca 1346 m n.p.m., jest najwyższym szczytem Bieszczadów po polskiej stronie granicy.

Najwyższy w całych Bieszczadach jest właśnie Pikuj, wznoszący się na około 1408 m n.p.m.

Dzisiaj znajduje się na Ukrainie.

Przed wojną był jednym z charakterystycznych punktów wielkiej karpackiej wędrówki.

Dawne obserwatorium na Popie Iwanie ze stojącym rusztowaniem, na szczycie trawiastego grzbietu.

Obserwatorium Biały Słoń na Popie Iwanie w Czarnohorze podczas prac restauracyjnych w lipcu 2021 roku. Fot. Zysko serhii / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Jego sylwetka wyrasta ponad falującymi grzbietami Bieszczadów Wschodnich. Nie ma tutaj tatrzańskich urwisk, ale są szerokie panoramy i przestrzeń, która przypomina, jak ogromnym pasmem są Bieszczady rozumiane w całości.

Dawny szlak przechodził przez Pikuj, a następnie prowadził ku kolejnym pasmom i miejscowościom, między innymi w stronę Ławocznego i Sławska.

Nie zawsze trzymał się najwyższego grzbietu. Miejscami schodził do dolin, omijał przeszkody terenowe i wykorzystywał istniejące drogi.

Właśnie dlatego odtwarzanie jego przebiegu na współczesnych mapach bywa tak interesujące.

Na starych mapach widać rozwiązania, których dzisiejszy turysta, przyzwyczajony do popularnych wejść na szczyty, wcale by nie wybrał.

Łagodny grzbiet Stogu z kamienistą drogą, trawiastą połoniną i świerkowym lasem.

Stóg na pograniczu ukraińsko-rumuńskim, sierpień 2015 roku. W tym rejonie kończyła się historyczna trasa Głównego Szlaku Karpackiego. Fot. BioDasha / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Ale dawny szlak miał inne zadanie.

Miał prowadzić człowieka przez całe góry.

Zaginiony świat bieszczadzkich dolin

Wędrując w myślach przez przedwojenne Karpaty, nie sposób pominąć ludzi, którzy w tych górach mieszkali.

Dla dzisiejszego turysty Bieszczady bywają symbolem pustki, samotności i szerokich przestrzeni.

Dawniej wiele dolin wyglądało zupełnie inaczej.

Były tam wsie, cerkwie, gospodarstwa, młyny, pola uprawne i drogi, którymi od pokoleń przemieszczali się mieszkańcy.

W polskich Bieszczadach mieszkali przede wszystkim Bojkowie, a w dalszych Karpatach Wschodnich można było spotkać między innymi społeczności huculskie. Góry miały własny rytm życia, język, muzykę i zwyczaje.

Duży drewniany budynek schroniska pod Pikujem, stojący na trawiastym zboczu.

Przedwojenne schronisko Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego pod Pikujem w Bieszczadach Wschodnich. Fot. autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Turysta przechodzący przez te tereny spotykał świat, który później w ogromnym stopniu zmieniły wojna, przesunięcia granic i powojenne wysiedlenia.

Nie wszystkie osady zniknęły w taki sam sposób i nie wszystkie przeżyły identyczną historię. Jednak w wielu miejscach krajobraz został na zawsze odmieniony.

Dobrze znamy podobne ślady także z Beskidu Niskiego.

Wystarczy przypomnieć Nieznajową, zaginioną łemkowską wieś, gdzie dzisiaj pozostały stare drzewa owocowe, krzyże i resztki fundamentów.

W Bieszczadach można odnaleźć podobne obrazy. Opisałem je również podczas samotnej wędrówki przez dawne doliny Sanu, z Zatwarnicy w stronę opuszczonych wsi.

Lubię takie miejsca.

Niewielka grupa turystów na zboczu Chomiaka, w tle górski szczyt i schronisko.

Turyści z Mieczysławem Orłowiczem, pośrodku z laską według opisu archiwalnego, na zboczu Chomiaka w 1934 roku. W tle schronisko PTT. Fot. inż. Fedorowicz, według adnotacji archiwalnej / Biblioteka Narodowa, Polona, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Nie dlatego, że są puste. Właśnie dlatego, że próbując je zrozumieć, odkrywamy, ile ludzkich historii pozostało pod trawą i drzewami.

A dawny wielki szlak prowadził przez wiele podobnych krain.

Gorgany, najbardziej dzika część wielkiej drogi

Za Bieszczadami Wschodnimi zaczynał się świat, który dla wielu przedwojennych turystów był prawdziwym wyzwaniem.

Gorgany.

To pasmo o niezwykłym charakterze. Wysokie grzbiety, rozległe lasy, głębokie doliny i olbrzymie rumowiska skalne zwane gorganami.

Wystarczy spojrzeć na fotografie Sywuli, Grofy, Mołodej czy Popadii, aby zrozumieć, że nie przypominają one zwyczajnych beskidzkich wierzchołków.

Tam, gdzie kończy się las, pojawiają się całe zbocza pokryte kamiennymi blokami.

Niektóre z nich wyglądają, jakby ktoś rozsypał na grzbiecie gigantyczne sterty szarych głazów.

Wyobraźmy sobie przejście takiego terenu z przedwojennym ekwipunkiem.

Rozległa górska przełęcz z kilkoma budynkami, drogą i odległymi grzbietami

Przełęcz Tatarska w 1933 roku. W centrum fotografii przebiegała ówczesna granica polsko-czechosłowacka, a po lewej znajdowało się schronisko PTT. Fot. autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Ciężkie buty, skromne wyposażenie i mapa, która nie zawsze pozwalała rozstrzygnąć każdą wątpliwość.

W Gorganach przebieg Głównego Szlaku Beskidzkiego dostosowano do szczególnie trudnej rzeźby terenu. Trasa przechodziła przez szereg wysokich partii pasma, między innymi w okolicy Mołodej i kolejnych gorgańskich grzbietów.

Wędrówka wymagała dobrej orientacji i umiejętności radzenia sobie z rozległym, słabo zagospodarowanym obszarem.

Jednym z najwyższych szczytów Gorganów jest Sywula, osiągająca około 1836 m n.p.m.

Dla współczesnego polskiego turysty przyzwyczajonego do znakowanych ścieżek i schronisk oddalonych o kilka godzin marszu tamte góry muszą działać na wyobraźnię.

Ale przed wojną w Gorganach również powstawała infrastruktura turystyczna.

Były schroniska, drogowskazy i szlaki łącznikowe. Działały stowarzyszenia, które pomagały miłośnikom gór dotrzeć do najciekawszych zakątków regionu.

Siedmioro młodych ludzi w strojach huculskich przed drewnianym schroniskiem górskim.

Schronisko Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego na Przełęczy Tatarskiej w latach 1933-1934. Przed budynkiem grupa młodzieży w tradycyjnych strojach huculskich. Fot. Henryk Poddębski / Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Na archiwalnych fotografiach można zobaczyć schroniska pod Chomiakiem oraz turystów odpoczywających wśród kamienistych grzbietów.

Niektóre z tych obiektów nie przetrwały wojny i późniejszych dziesięcioleci.

Dzisiaj pozostały przede wszystkim stare zdjęcia, opisy, mapy i wspomnienia.

I czasami właśnie one pozwalają najlepiej zrozumieć, jak wiele pracy włożono w udostępnienie tych gór.

Czarnohora, kraina wielkich połonin

Po Gorganach przychodziła kolej na Czarnohorę.

Jeśli wcześniej szlak wystawiał wędrowca na próbę w świecie lasów i skalnych rumowisk, tutaj otwierał przed nim wielkie, wysokogórskie przestrzenie.

Czarnohora to najwyższe pasmo dzisiejszej Ukrainy.

Długie grzbiety pokryte połoninami, rozległe panoramy i szczyty przekraczające dwa tysiące metrów nadają jej szczególny charakter.

Tor kolejowy na moście w Worochcie, w oddali wysoki budynek pośród drzew.

Worochta w 1930 roku, jeden z ważnych przedwojennych ośrodków turystyki w Karpatach Wschodnich. W oddali Dom Zdrowia Akademika Żydowskiego. Fot. autor nieznany / „Chwila. Dodatek Ilustrowany”, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Przedwojenna turystyka rozwijała się tutaj niezwykle intensywnie. Ważnymi ośrodkami były między innymi Worochta i okolice Jaremcza, a na górskich trasach powstawały schroniska.

Można było nocować pod Smotrecem, wędrować przez wysokie partie pasma i zdobywać kolejne wierzchołki.

Największym z nich była Howerla.

2061 m n.p.m.

Dzisiaj najwyższy szczyt Ukrainy, a przed wojną najwyższy punkt wielkiej czerwonej drogi biegnącej przez polskie Karpaty.

To jedna z najciekawszych różnic między historycznym a współczesnym szlakiem.

Dzisiejszy Główny Szlak Beskidzki ma swój najwyższy punkt na Babiej Górze, na wysokości 1725 metrów.

Przedwojenni wędrowcy mogli w ramach tej samej wielkiej trasy wejść również na Howerlę i przekroczyć magiczną granicę dwóch tysięcy metrów.

Stare fotografie pokazują turystów i karawany konne na tle Howerli oraz sąsiedniego Pietrosa.

To obrazy niezwykłe.

Karawana konna z turystami na górskiej łące, w tle Howerla i Pietros w Czarnohorze.

Przedwojenna karawana turystyczna na tle Howerli po prawej i Pietrosa po lewej w Czarnohorze, sierpień 1935 roku. Fot. Tadeusz Dohnalik / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Nie ma na nich współczesnego sprzętu, kolorowych kurtek ani tłumu ludzi fotografujących się telefonami. Są za to góry, konie, dawne stroje i krajobraz, który pomimo upływu dziesięcioleci zachował swój charakter.

Patrząc na takie zdjęcie, naprawdę można na chwilę przenieść się w czasie.

Pop Iwan i niezwykła historia Białego Słonia

Na wschodnim krańcu głównej grani Czarnohory wznosi się Pop Iwan, osiągający około 2022 m n.p.m.

Dla wielu miłośników historii Karpat to jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów całego pasma.

Nie tylko z powodu wysokości czy panoram.

Na jego wierzchołku stoi budowla, która wygląda jak fragment zupełnie innego świata.

Dawne polskie obserwatorium astronomiczno-meteorologiczne, nazywane Białym Słoniem.

Zbudowano je w latach 1936-1938 z inicjatywy Uniwersytetu Warszawskiego i Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Oficjalnie otwarte w 1938 roku, należało wówczas do najnowocześniejszych placówek tego rodzaju w Europie.

Górskie schronisko z wysokim dachem na śnieżnym zboczu wśród szczytów Czarnohory.

Schronisko Akademickiego Zrzeszenia Sportowego na Pohorylcu pod Smotrcem w Czarnohorze, fotografia z lat 1932-1939. Fot. autor nieznany / Biblioteka Narodowa, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Kamienny gmach wyrastał wprost ze skalistego wierzchołka. Miał umożliwiać prowadzenie badań astronomicznych i meteorologicznych w miejscu, gdzie warunki pogodowe potrafiły być wyjątkowo surowe.

Wysokość, odległość od większych miejscowości i trudności transportowe sprawiały, że samo jego wybudowanie stanowiło ogromne przedsięwzięcie.

A przecież mówimy o drugiej połowie lat trzydziestych.

Wojna bardzo szybko przerwała działalność obserwatorium.

Budynek przez kolejne dziesięciolecia niszczał, stając się jednym z najbardziej charakterystycznych symboli utraconego świata polskich Karpat Wschodnich.

Ale ta historia ma również znacznie jaśniejszy, współczesny rozdział.

W 2012 roku rozpoczęto prace związane z jego odbudową. Z czasem dawny obiekt stał się miejscem polsko-ukraińskiej współpracy naukowej. Od 2017 roku funkcjonuje tam także polsko-ukraińska stacja ratownictwa górskiego.

Kamienny budynek obserwatorium astronomicznego z kopułą na szczycie Popa Iwana.

Obserwatorium astronomiczno-meteorologiczne na Popie Iwanie w Czarnohorze, zwane Białym Słoniem, w latach 1938-1939. Fot. autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Co szczególnie ciekawe, 28 sierpnia 2026 roku na Popie Iwanie uroczyście zakończono trzeci etap odbudowy i otwarto Międzynarodowe Centrum Wspólnego Użytkowania Aparatury Naukowej.

O tym wydarzeniu poinformował Uniwersytet Warszawski.

To piękna wiadomość.

Po niemal dziewięćdziesięciu latach od otwarcia obserwatorium miejsce, które przez długi czas było jedynie monumentalną ruiną, ponownie służy nauce i współpracy ludzi z obu stron granicy.

Nie wszystkie ślady dawnego świata zniknęły więc bezpowrotnie.

Niektórym udaje się podarować drugie życie.

Góry Czywczyńskie i koniec świata na Stogu

Za Popem Iwanem droga prowadziła dalej na południowy wschód, ku Górom Czywczyńskim.

Dziś dla większości polskich turystów to niemal nieznana kraina.

A przecież właśnie tam znajdował się historyczny kres wielkiej karpackiej wędrówki.

Kamienny trójstronny słup graniczny na górze Stóg oraz odpoczywający przy nim mężczyźni.

Historyczny trójstyk granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii na Stogu w Górach Czywczyńskich w 1930 roku. W tym rejonie znajdował się kres dawnego Głównego Szlaku Karpackiego. Fot. autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons / domena publiczna.

Na Stogu, nazywanym również Stoh lub Stih, o wysokości około 1653 m n.p.m., zbiegały się przed wojną granice trzech państw.

Polski, Czechosłowacji i Rumunii.

To był szczególny punkt na mapie II Rzeczypospolitej.

Trzy granice, dalekie góry i wielki szlak, który zaczynał się setki kilometrów wcześniej w Ustroniu.

Wyobrażam sobie turystę stojącego w tym miejscu po wielu dniach marszu.

Ostatnie podejście. Kamienny słup graniczny. Spojrzenie na góry rozciągające się już po drugiej stronie państwowych granic.

Może chwila ciszy, może wspólne zdjęcie, może zwykła satysfakcja z dotarcia tak daleko.

Nie wiemy, jakie emocje przeżywali konkretni wędrowcy, ale cel musiał robić wrażenie.

Warto przy tym wyjaśnić pewną historyczną ciekawostkę.

W opracowaniach jako symboliczny koniec dawnego Głównego Szlaku Beskidzkiego wskazuje się Stóg. W niektórych przedwojennych materiałach i późniejszych rekonstrukcjach pojawiają się jednak również inne punkty końcowe i warianty zejścia, między innymi w kierunku Szybenego.

Mieczysław Orłowicz przed schroniskiem w Siankach w 1936 roku, historia Głównego Szlaku Karpackiego.

Mieczysław Orłowicz, pierwszy z lewej według opisu archiwalnego, przed schroniskiem Przemyskiego Towarzystwa Narciarzy w Siankach w 1936 roku. Fot. Jan Jaroszyński / Wikimedia Commons / domena publiczna

Nie oznacza to, że istniało kilka całkowicie różnych głównych szlaków.

Raczej pokazuje, że wyznaczanie, dokumentowanie i użytkowanie tej ogromnej trasy było procesem, który z czasem ulegał zmianom.

Stóg pozostał jednak najważniejszym symbolem jej dalekowschodniego kresu.

Dzisiaj na dawnych fotografiach można jeszcze zobaczyć historyczny słup trójstyku oraz ludzi stojących przy nim w 1930 roku.

To jeden z tych obrazów, na które warto popatrzeć dłużej.

Bo granice, które wtedy wydawały się trwałe, już wkrótce miały zniknąć.

Dlaczego dawny szlak był tak niezwykły?

Spróbujmy zebrać kilka ciekawostek, które pozwalają lepiej zrozumieć skalę całego przedsięwzięcia.

Był znacznie dłuższy od dzisiejszego

Według opracowania Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK przedwojenny Główny Szlak Beskidzki miał niemal 750 kilometrów długości.

Wycieczka prowadzona przez Mieczysława Orłowicza na przełęczy Ruski Put w Bieszczadach Wschodnich w 1936 roku, w tle schronisko pod Pikujem.

Wycieczka prowadzona przez Mieczysława Orłowicza na przełęczy Ruski Put w Bieszczadach Wschodnich, 1936 rok. W tle schronisko pod Pikujem. Autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Wikimedia Commons / domena publiczna.

W niektórych współczesnych rekonstrukcjach jego przebiegu pojawiają się szacunki sięgające około 840 kilometrów.

Skąd taka różnica?

Z odmiennych sposobów odtwarzania historycznej trasy, uwzględniania wariantów i interpretowania dawnych map.

Nie należy więc traktować każdej podawanej liczby jako bezspornego, identycznie mierzonego dystansu.

Najważniejsze jest jedno: była to ogromna, wielotygodniowa droga przez niemal całe ówczesne polskie Karpaty.

Czerwony kolor miał szczególne znaczenie

Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do pięciu podstawowych kolorów znaków turystycznych.

Przed wojną ich stosowanie również wymagało uporządkowania.

W 1930 roku Polskie Towarzystwo Tatrzańskie zatwierdziło instrukcję znakowania szlaków. W 1934 roku, podczas zjazdu w Jaremczu, przedstawiono dalsze zasady podziału tras na główne, łącznikowe, dojściowe i poboczne.

Schronisko Warszawskiego Klubu Narciarskiego w Rafajłowej w Gorganach zimą 1938 roku, grupa turystów przed drewnianym budynkiem otoczonym śniegiem.

Przedwojenne schronisko Warszawskiego Klubu Narciarskiego w Rafajłowej w Gorganach, 1938 rok. Fot. Henryk Poddębski / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Przyjęta wówczas koncepcja przewidywała, że czerwony kolor będzie zarezerwowany dla Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Czerwona droga miała więc znaczenie większe niż tylko wskazanie kolejnego kierunku marszu.

Stanowiła główną oś górskiego systemu turystycznego.

Przed wojną nosił imię Józefa Piłsudskiego

W 1935 roku, podczas zjazdu Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Stanisławowie, wielki szlak otrzymał imię marszałka Józefa Piłsudskiego. W przedwojennych dokumentach PTT funkcjonowała pełna nazwa „Główny Szlak Karpacki PTT im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”.

Warto zapamiętać ten szczegół, ponieważ dzisiejszy Główny Szlak Beskidzki jest spadkobiercą tamtej znacznie dłuższej, historycznej trasy przez polskie Karpaty.

Dwoje Hucułów w tradycyjnych strojach jedzie konno górską drogą w Żabiem na Huculszczyźnie, przedwojenna fotografia Karpat Wschodnich.

Huculi z Żabiego, dzisiejszej Werchowyny, na koniach. Pocztówka wydana w 1939 roku. Fot. St. Konopka / Biblioteka Narodowa, Polona / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Mieczysław Orłowicz pozostał patronem innego wielkiego szlaku

Od 1973 roku współczesny Główny Szlak Beskidzki nosi imię Kazimierza Sosnowskiego.

Z kolei Mieczysław Orłowicz został patronem Głównego Szlaku Sudeckiego.

To piękny sposób upamiętnienia dwóch ludzi, którzy mieli ogromny wpływ na rozwój polskiej turystyki.

Dawna trasa wciąż pozostawia ślady

Choć przedwojenny szlak jako jedna, ciągła droga już nie istnieje, nie oznacza to, że każdy jego fragment zniknął z powierzchni ziemi.

Niektóre dawne ścieżki są nadal używane.

Inne pokrywają się z dzisiejszymi trasami górskimi. Część została zarośnięta, zmieniona albo znalazła się na terenach objętych ograniczeniami dostępu.

Badacze historii turystyki i pasjonaci starych map próbują odtwarzać jego przebieg między innymi na podstawie arkuszy Wojskowego Instytutu Geograficznego.

To prawdziwa detektywistyczna praca.

Schronisko Karpackiego Towarzystwa Narciarskiego na Maryszewskiej w Czarnohorze w 1936 roku, drewniany budynek i grupa turystów przed wejściem.

Schronisko Karpackiego Towarzystwa Narciarskiego na Maryszewskiej w Czarnohorze, 1936 rok. Przed budynkiem grupa turystów. Fot. Jan Jaroszyński / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Na mapie widoczna jest stara droga, przełęcz albo schronisko. Potem trzeba porównać ją ze współczesnym terenem i ustalić, czy cokolwiek pozostało.

Czasami wystarcza ledwie zarys ścieżki.

A czasami wszystko przetrwało już tylko na papierze.

Rok 1939, kiedy urwała się wielka droga

Wybuch II wojny światowej zakończył pewną epokę.

Turystyka przestała być najważniejszą sprawą. Wojna przyniosła śmierć, zniszczenia, przymusowe migracje i dramatyczne zmiany polityczne.

Przedwojenne granice Polski przestały istnieć.

Po 1945 roku Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora i Góry Czywczyńskie znalazły się poza granicami naszego państwa, w granicach Związku Radzieckiego.

Wraz z nimi poza Polską pozostała wielka część dawnego szlaku.

Przedwojenni narciarze przed placówką polskiej Straży Granicznej na Przełęczy Wyszkowskiej w Karpatach Wschodnich, fotografia sprzed 1938 roku.

Narciarze przed placówką polskiej Straży Granicznej na Przełęczy Wyszkowskiej, przy dawnej granicy z Czechosłowacją. Pocztówka wydana w 1938 roku. Fot. Adam Lenkiewicz / Biblioteka Narodowa, Polona / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Niektóre schroniska uległy zniszczeniu. Zmieniły się drogi i miejscowości, a dawne turystyczne połączenia przestały funkcjonować w znanej wcześniej postaci.

Dla tych, którzy przed wojną przemierzali Karpaty Wschodnie, musiało to być bolesne doświadczenie.

Miejsca zapamiętane z młodości znalazły się nagle za nową, trudno dostępną granicą.

Dawne mapy przedstawiały kraj, którego już nie było.

I właśnie tutaj kończy się historia tego szlaku jako jednej wielkiej przedwojennej trasy.

Nie dlatego, że góry zniknęły.

Zmienił się świat wokół nich.

Jak narodził się dzisiejszy Główny Szlak Beskidzki?

Na szczęście historia czerwonej drogi nie zakończyła się całkowicie w 1939 roku.

Po wojnie polska turystyka górska zaczęła się odradzać.

W nowych granicach kraju konieczne było dostosowanie przebiegu szlaku. Szczególne znaczenie miało wyznaczenie wschodniego zakończenia w Bieszczadach, które pozostały po polskiej stronie granicy.

Kapela huculska z Żabiego na przedwojennej pocztówce wydanej w 1935 roku, muzycy w tradycyjnych strojach, znaczki i stemple pocztowe.

Kapela huculska z Żabiego, dzisiejszej Werchowyny, na pocztówce wydanej w 1935 roku. Autor fotografii nieznany / Biblioteka Narodowa, Polona / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Wielką rolę odegrali tutaj Władysław Krygowski i Edward Moskała.

To oni należeli do ludzi, którzy w trudnych powojennych warunkach pracowali nad nowym przebiegiem czerwonego szlaku.

W 1954 roku wyznakowano odcinek prowadzący z Komańczy na Halicz.

W 1975 roku trasę przedłużono na Rozsypaniec.

Kolejna ważna zmiana nastąpiła w 1984 roku, kiedy czerwony szlak doprowadzono do Wołosatego.

Tak powstał wschodni koniec drogi, którą znamy dzisiaj.

Ciekawą pamiątkę po tamtych pracach można zobaczyć w muzeum turystyki górskiej „Zielony Domek” w Ustrzykach Górnych.

Wśród eksponatów znajduje się mapa Bieszczadów, na której Edward Moskała własnoręcznie zaznaczył trasy powojennych wędrówek związanych ze znakowaniem szlaku wraz z Władysławem Krygowskim.

Niezwykły dokument.

Zwykłe linie narysowane na mapie stają się świadectwem ogromnego wysiłku ludzi, dzięki którym kolejne pokolenia mogły ruszać w Bieszczady po czerwonych znakach.

Przedwojenne schronisko PTT na Równicy koło Ustronia w Beskidzie Śląskim, drewniany budynek z werandą i ogrodzeniem, lata trzydzieste XX wieku.

Schronisko Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego na Równicy w Beskidzie Śląskim w latach 1930-1939. Autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/14/3776/1 / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Główny Szlak Beskidzki dzisiaj

Współczesny Główny Szlak Beskidzki imienia Kazimierza Sosnowskiego rozpoczyna się w Ustroniu i kończy w Wołosatem.

Według danych PTTK liczy 519 kilometrów.

To najdłuższy znakowany pieszy szlak turystyczny w polskich górach.

Wędrując nim, można poznać niemal cały beskidzki świat: Beskid Śląski, Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Niski i Bieszczady.

Każdy z tych regionów ma zupełnie inny charakter.

Na zachodzie znajdziemy popularne szczyty, schroniska i miejsca chętnie odwiedzane przez turystów. W centralnych Beskidach czekają rozległe lasy i długie grzbiety. Dalej pojawia się Beskid Niski z jego historią, pustymi dolinami i spokojem.

Na końcu są Bieszczady, gdzie droga wspina się ku połoninom.

Przejście całej trasy jest dzisiaj marzeniem wielu miłośników gór.

Jedni dzielą ją na kilka wypraw, inni próbują przejść całość za jednym razem.

Schronisko na Markowych Szczawinach pod Babią Górą w 1925 roku, drewniany budynek i trzy osoby przed wejściem, archiwalne zdjęcie z Beskidu Żywieckiego.

Schronisko na Markowych Szczawinach pod Babią Górą w 1925 roku. Autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/14/3720/2 / Wikimedia Commons / domena publiczna.

PTTK ustanowiło również specjalną odznakę Głównego Szlaku Beskidzkiego. Jej regulamin przewiduje możliwość pokonywania trasy etapami, a najwyższy, diamentowy stopień wiąże się z przejściem całego szlaku w czasie nie dłuższym niż 21 dni.

I choć dzisiejsza droga jest znacznie krótsza od przedwojennej, nadal pozostaje pięknym wyzwaniem.

Nie trzeba zdobywać ośmiotysięczników, żeby przeżyć wielką górską przygodę.

Czasem wystarczy ruszyć z Ustronia i iść przed siebie.

Czy można jeszcze odnaleźć dawny szlak?

To pytanie zapewne pojawi się w głowie niejednego czytelnika.

Czy da się dzisiaj przejść dawnym Głównym Szlakiem Beskidzkim aż po Stóg?

Historyczny przebieg można w dużym stopniu odtworzyć na mapach.

Dawny Główny Szlak Karpacki na Baranią Górę w 1935 roku, słup z oznaczeniami szlaków i drewniana ścieżka prowadząca przez Beskid Śląski.

Fragment Głównego Szlaku Karpackiego pod Baranią Górą w Beskidzie Śląskim, 1935 rok. Na słupie widoczne historyczne oznakowanie szlaków. Fot. prawdopodobnie Henryk Poddębski / Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/131/0/-/6/13 / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Istnieją szczegółowe współczesne opracowania, między innymi rekonstrukcja wschodniokarpackiej części przygotowana przez Adama Rugałę we współpracy z Lechem Rosiem.

Pozwalają one prześledzić kolejne etapy dawnej wędrówki, od Sianek przez Pikuj, Gorgany i Czarnohorę po Góry Czywczyńskie.

Nie oznacza to jednak, że dawny czerwony szlak istnieje obecnie jako jedna, utrzymywana i dostępna trasa.

Niektóre jego fragmenty pokrywają się z dzisiejszymi szlakami. Inne przebiegają przez tereny przygraniczne, obszary chronione lub miejsca, gdzie dawne ścieżki dawno zarosły.

Trzeba również pamiętać o rzeczy najważniejszej.

Obecnie Ukraina znajduje się w stanie wojny. Nie jest to czas na planowanie turystycznego przejścia historycznej trasy przez jej terytorium.

Dlatego dzisiaj możemy przede wszystkim poznawać tę drogę poprzez archiwalne fotografie, przewodniki, mapy i relacje dawnych wędrowców.

Pozostałości schroniska na Turbaczu w Gorcach w sierpniu 1951 roku, grupa turystów odpoczywająca na stoku przed budynkiem spalonym podczas wojny.

Ruiny schroniska na Turbaczu w Gorcach, spalonego w listopadzie 1943 roku. Fotografia z sierpnia 1951 roku. Fot. Tadeusz Dohnalik / „Wycieczki sierpniowe Mieczysława Orłowicza”, PTTK, 1989 / Wikimedia Commons / domena publiczna według oznaczenia serwisu.

I wcale nie musi to być mała przygoda.

Bo czasami jedna stara mapa potrafi opowiedzieć więcej niż niejeden współczesny przewodnik.

Szlak, którego nie ma, a jednak pozostał

Najbardziej porusza mnie w tej historii pewna myśl.

Ludzie potrafili stworzyć drogę liczącą setki kilometrów, prowadzącą przez odległe pasma, doliny i grzbiety. Potrafili wyznakować ją w czasach, kiedy każda wyprawa wymagała znacznie większego przygotowania niż dzisiaj.

Budowali schroniska.

Malowali czerwone znaki.

Wydawali mapy i przewodniki.

A potem przyszła wojna i w ciągu kilku lat wielki projekt przestał istnieć w swojej dawnej postaci.

Zostały jednak góry.

Pikuj nadal góruje nad Bieszczadami Wschodnimi.

Budowa schroniska PTT na Przehybie w Beskidzie Sądeckim we wrześniu 1937 roku, drewniana konstrukcja, rusztowania i robotnik na pomoście.

Budowa schroniska PTT na Przehybie, 26 września 1937 roku. Kilka lat później budynek został spalony podczas wojny. Fot. Feliks Rapf / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Kamieniste Gorgany wciąż rozciągają się ponad głębokimi dolinami.

Howerla nadal patrzy na połoniny Czarnohory.

Biały Słoń na Popie Iwanie, mimo wszystkich przeciwności, odzyskuje życie.

A gdzieś daleko na Stogu wiatr nadal przesuwa trawy po dawnym granicznym grzbiecie.

Lubię myśleć, że ci, którzy przed wojną wędrowali tą drogą, zostawili po sobie coś więcej niż ślady butów.

Zostawili pomysł, który przetrwał.

Pomysł na poznawanie gór bez pośpiechu, dzień po dniu, przez kolejne pasma. Na szukanie piękna nie tylko na najwyższych wierzchołkach, lecz także w dolinach, starych schroniskach, spotkaniach z ludźmi i zwyczajnej radości bycia w drodze. To tak jakby po mojemu… 🙂

Przedwojenne drewniane schronisko na Starych Wierchach w Gorcach w 1933 roku, mężczyzna stojący przy wejściu i pies przed budynkiem.

Pierwsze schronisko na Starych Wierchach w Gorcach, 1933 rok. W czasie wojny służyło również partyzantom. Niemcy spalili je w styczniu 1945 roku. Autor nieznany / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Dlatego kiedy następnym razem zobaczysz czerwony znak Głównego Szlaku Beskidzkiego, przypomnij sobie, że przed wojną prowadził on znacznie dalej.

Za Wołosate.

Za nasze dzisiejsze Bieszczady.

Aż do odległych Karpat Wschodnich.

I kto wie, może kiedyś znowu przyjdą czasy, kiedy miłośnicy gór będą mogli bezpiecznie przemierzać tamte grzbiety, poznając miejsca znane dotąd tylko ze starych fotografii.

Bardzo chciałbym, żeby tak się stało. Marzę nawet, żeby samemu kiedyś je przemierzać…

Czytaj dalej:

Tragedia Kaszniców w Dolinie Jaworowej. Tajemnica sprzed stu lat

Nieznajowa w Beskidzie Niskim. Zaginiona wieś, która wciąż żyje

Odkrycie serca Bieszczadów. Dzika pętla z Zatwarnicy

Więcej niezwykłych opowieści w dziale Górskie Historie

Przedwojenne schronisko Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego pod Policą w Beskidzie Żywieckim, drewniany budynek z poddaszem i werandą, lata 1935-1938.

Schronisko PTT pod Policą w Beskidzie Żywieckim, fotografia sprzed 1938 roku. Budynek został spalony przez Niemców jesienią 1944 roku. Fot. Stanisław Fox / „Wierchy”, 1938 / Wikimedia Commons / domena publiczna.

Bo w górach nie wszystkie drogi muszą prowadzić do celu, który wciąż istnieje na współczesnej mapie. Niektóre pozwalają przede wszystkim odnaleźć pamięć o ludziach i miejscach.

A takie wędrówki także są warte naszej uwagi.

Jeśli lubisz takie Górskie Historie, pełne zapomnianych miejsc, dawnych fotografii i niezwykłych opowieści, możesz wesprzeć rozwój mojego bloga, stawiając mi symboliczną kawę. ☕ Każde wsparcie pomaga mi odkrywać i opisywać kolejne fascynujące historie z gór. Dziękuję! 💚buycoffee.to/marcogor 

Z górskim pozdrowieniem

Marcogor

Postscriptum – źródła

https://cotg.pttk.pl/odznaki/gsb/

https://rugala.pl/c/gsb-wschodniokarpacki/

https://cotg.pttk.pl/odznaki/gsb/regulamin/

https://www.uw.edu.pl/obserwatorium-uw-na-szczycie-pop-iwan-z-nowym-centrum-naukowym/

https://www.muzeum.ustrzykigorne.pttk.pl/ekspozycja

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O autorze

marcogor

Bloger z Gorlic, górołaz opisujący swoje górskie wyprawy, zakochany w Tatrach, miłośnik górskich wędrówek i wszystkiego piękna natury. Góry to moja pasja i mój drugi dom.

POSTAW KAWĘ AUTOROWI

TURYSTYKA – GÓRY – PODRÓŻE – BLOG ISTNIEJE OD II.2012

Pasma Górskie

Translate »