Odkrycie serca Bieszczadów. Dzika pętla z Zatwarnicy
Październikowa, pełna kolorów dolina Sanu, którą dzisiaj chce Wam przedstawić to obszar, w którym dawna historia bezlitośnie zatarła ślady ludzkiej obecności, pozostawiając jedynie monumentalną, płonącą złotem głuszę. Ta samotna, niezwykle wymagająca droga na zawsze zapisała się w mojej pamięci, niosąc ze sobą głębokie poczucie uniesienia i zachwytu. Lekko pochmurny dzień sprawił, że klimat tej wyprawy był naprawdę sentymentalny, jako idealny dodatek do powrotu do historii zapomnianej…🙂
Parametry techniczne trasy:
• Dystans: 32,1 km
• Suma podejść: 710 m
• Czas marszu: 10 godzin 15 minut
________________________________________
Poranny start z Zatwarnicy i powrót do korzeni
Moja wędrówka rozpoczęła się na małym parkingu w miejscowości Zatwarnica, tuż obok drewnianej wiaty turystycznej obok Sanu, jeszcze przed skrętem na most do wsi. Wieś ta od zarania dziejów stanowiła bramę do zupełnie innego, surowego świata, ponieważ leży na samym skraju bieszczadzkiej cywilizacji.
Sama wieś posiada niezwykle bogatą, choć tragiczną historię, gdyż w XIX wieku tętniło tu życie i działała kopalnia ropy naftowej. Surowiec ten wypływał w tamtych czasach samoistnie na powierzchnię, co doprowadziło do prawdziwego boomu naftowego w okolicy, jednak dziś po tamtych szybach nie ma już śladu.
Ruszyłem początkowo trasą rowerową w kierunku punktu widokowego, gdzie w zadumie zatrzymałem się przy obelisku poświęconym pamięci profesora Stefana Myczkowskiego. Był on wybitnym naukowcem i pionierem ochrony karpackiej przyrody, w rezultacie czego jego imieniem nazwano pobliski, dziki rezerwat leśny.
Z tego miejsca stara, leśna droga sprowadziła mnie bezpośrednio ku szumiącemu korytu rzeki San, gdyż opuściłem znakowaną cyklotrasę. Maszerowałem w ciszy wzdłuż jej lewego orograficznie brzegu, chłonąc chłód wczesnego, bieszczadzkiego poranka.
Przełom rezerwatu Hulskie i tajemnica pod górą Łuczki
Wędrowałem przez obszar rezerwatu przyrody Hulskie, który od dziesięcioleci chroni naturalne, pierwotne lasy bukowe oraz rzadkie gatunki roślin bieszczadzkich. Podłoże było tutaj wybitnie gliniaste i zdradliwe, a ścieżka bywała mocno tarasowana przez potężne, powalone pnie drzew.
Jednak trud marszu rekompensowały niesamowite widoki na głębokie, rzeźbione przez wieki zakola Sanu, które migotały w porannym słońcu w jesiennych barwach!
Szedłem dalej długim, leśnym trawersem pod zalesioną górą Łuczki, gdzie przed laty funkcjonowało lokalne wyrobisko dawnego kamieniołomu.
Stary, opuszczony kamieniołom porasta dziś gęsty, młody las, w rezultacie czego ślady dawnej pracy ludzkich rąk zostały niemal całkowicie wchłonięte przez naturę. Droga wiła się nieustannie, wprowadzając mnie powoli w głąb rezerwatu Krywe. W dalszej części trasy natrafiłem na nową wiatę turystyczną, w pobliżu której znajduj się interesujący punkt widokowy na bieszczadzkie lasy… 🙂
Ruiny w Studennem i wojenny podział bieszczadzkiego świata
Po przejściu kolejnych kilometrów dotarłem do zniszczonego, betonowego mostu na Sanie, który pozwolił mi na bezpieczne przejście na prawy brzeg rzeki. Zaraz po drugiej stronie natrafiłem na ciekawe ruiny niemieckiej strażnicy granicznej w Studennem. Ale wcześniej za mostem odnajdziemy duży plac służący jako parking dla samochodów.
Obiekt ten powstał po tragicznych wydarzeniach z września 1939 roku, ponieważ kapryśna rzeka San stanowiła wówczas ścisłą granicę pomiędzy III Rzeszą, a ZSRR. Na miejscu odnalazłem czytelne fundamenty, mury oraz betonowe schody strażnicy granicznej (Grenzschutz), ale dzika przyroda bezlitośnie zarasta te wojenne pozostałości.
W pobliżu ruin znajduje się skromna tablica informacyjna, która rzetelnie przybliża okres przesiedleń i ostateczny koniec wsi Studenne w 1946 roku. Z tego punktu wszedłem na czerwony szlak, łączący się z malowniczą, lecz wymagającą ścieżką przyrodniczą relacji Rajskie – Tworylne – Krywe. Po chwili napotkałem małą wiatę z miejscem na ognisko.
Tworylne – Odkrycie serca Bieszczadów!
Wędrowałem dróżką tuż przy brzegu rzeki, która szybko zamieniła się w gęste chaszcze, zdziczałe pokrzywy oraz wysokie, uschnięte trawy. Teren wzdłuż tej ścieżki edukacyjnej był całkowicie opuszczony, dlatego każdy krok wymagał ogromnej uwagi, aby nie zgubić słabo widocznych oznaczeń szlaku w tym rdzawym morzu. Ale w wielu miejscach zachowała się wyraźna droga łącząca dawne wsie jako relikt starego świata!
Po ciężkiej i wyczerpującej chwilami walce z bujną roślinnością dotarłem wreszcie do dawnej osady Tworylnego, która została doszczętnie spalona w 1947 roku. Odkrycie serca Bieszczadów stało się dla mnie namacalnym faktem, gdy stanąłem pośrodku monumentalnej, dworskiej alei pełnej wiekowych, potężnych dębów oraz jesionów.
Wokół mnie rozciągały się zatopione w ciszy ruiny murowanego dworu, stajni dworskiej oraz dawnych piwnic folwarcznych, rodzące nostalgię za światem, który bezpowrotnie przeminął. Tuż za nimi znajdowało się gigantyczne, zalane wodą bobrowisko, wzdłuż którego z wielkim zachwytem kontynuowałem mój samotny marsz.
Przez zapomniane cmentarze w Tworylnem do ruin dworu Krywe
Ścieżka doprowadziła mnie do dwóch zrośniętych ze sobą cmentarzy grekokatolickich, które leżały w leśnej gęstwinie tuż obok siebie. Zachowało się tam kilkanaście zniszczonych, zarośniętych mchem nagrobków oraz żeliwnych krzyży, będących jedynym, cichym świadectwem po dawnych mieszkańcach tej doliny.
Nadszedł jednak moment, w którym poczułem potężne emocje oraz narastający niepokój, ponieważ przede mną było długie i monotonne przejście przez całkowite bezdroża.
W gęstniejącej, bieszczadzkiej głuszy modliłem się w duchu tylko o to, aby na mojej drodze nie stanął nagle niedźwiedź, albo wataha wilków… Tutaj kilkukrotnie moja droga zbliżyła się do koryta Sanu.
W rezultacie dotarłem do nieistniejącej obecnie wsi Krywe, mijając najpierw zarośnięte ruiny dawnego dworu rodziny Łążyńskich. Ta dawna wieś bojkowska tętniła niegdyś gwarnym życiem, natomiast podczas mojej wędrówki panowało tu przejmujące, mistyczne milczenie.
Cerkwisko na wzgórzu Diłek
Wybierając tam niebieską ścieżkę dydaktyczną, wspiąłem się na bezleśne i niezwykle widokowe wzgórze Diłek (często opisywane jako Dił). To tutaj znajdują się najlepiej zachowane w całych Bieszczadach ruiny murowanej cerkwi pw. św. Paraskiewii z 1842 roku. Obok cerkwi stoi nienaruszona dzwonnica parawanowa oraz leży klimatyczny cmentarz, z którego roztacza się surowa, dookólna, bieszczadzka panorama. Październikowe słońce zaczęło już niebezpiecznie opadać, w rezultacie czego mury świątyni przybrały głęboki, posępny odcień.
Gdzieś w dole doliny kryje się jedyne w tej okolicy, legendarne gospodarstwo agroturystyczne, potocznie nazywane bieszczadzką Toskanią. Choć nie przechodziłem bezpośrednio obok zabudowań pana Majsterka, legendarnego zakapiora, to świadomość istnienia tej oazy życia pośród bieszczadzkiej dziczy dodawała temu miejscu niezwykłego kolorytu, a mi odwagi 🙂 Zszedłem w dół do krzyżówki z czerwoną ścieżką i zacząłem wspinać się na sąsiedni wierzchołek Ryli (622 m n.p.m.). Mamy stamtąd fantastyczny widok na dolinę Sanu, który dosłownie odebrał mi mowę swoim jesiennym majestatem.
Powrót przez szczyt Pańskie Berdo w stronę Hulskiego
Zawróciłem w stronę zalesionego wzniesienia Bulowe Berdo, dochodząc do dzikiego parkingu na skrzyżowaniu leśnych dróg szutrowych, gdzie klienci wspomnianej agroturystyki zostawiają czasem swoje pojazdy. Stamtąd zeszedłem stromo w dół do doliny potoku Hulski, gdzie na moment opuściłem ścieżkę dydaktyczną. Chciałem za wszelką cenę odnaleźć ukryte w leśnym gąszczu ruiny cerkwi w Hulskiem wraz z pozostałościami dzwonnicy oraz stary cmentarz.
W 1946 roku cała ta wieś przestała istnieć, w rezultacie czego przyroda całkowicie wchłonęła dawne sacrum, budząc we mnie głęboką zadumę nad ludzkim losem. Wróciłem na moją trasę powrotną, pokonując ostatnie podejście pod wzgórze Berce, a następnie trawersowałem szczyt Pańskie Berdo, na którym wznosi się wysoki przekaźnik telekomunikacyjny. Z tego miejsca czekało mnie już tylko monotonne, długie zejście szeroką, szutrową drogą bezpośrednio do centrum Zatwarnicy.
Ta wieś to jedna z najbardziej klimatycznych i najmniej skomercjalizowanych wiosek w Bieszczadach, położona malowniczo nad potokiem Głęboki tuż przy jego ujściu do Sanu. To idealne miejsce na ucieczkę od tłumów, pełne pamiątek po dawnych mieszkańcach (Bojkach). Warto tu zajrzeć do Chaty Bojkowskiej: to rekonstrukcja tradycyjnej bojkowskiej chyży, pełniąca funkcję muzeum regionalnego. W pobliżu znajdziemy także unikalne, kultowe kino studyjne zlokalizowane w dawnej stajni – „Kino „Końkret” oraz makietę cerkwi i dawny cmentarz wiejski.
Można też podejść do miejsca po starym młynie wodnym! Ostatecznie mijałem kościół parafialny oraz most na Sanie w zapadających ciemnościach, ponieważ w pośpiechu nie zabrałem ze sobą latarki czołowej. Była to prawdziwa, ponad 10-godzinna wyrypa i niezapomniana przygoda pełna dreszczyku emocji, obaw, czy wrócę 🙂 oraz zachwytu, która na zawsze pozostanie w moim sercu. W końcu dotarłem do auta za rzeką na znanym mi już parkingu…
Przejście tej potężnej, bieszczadzkiej pętli to nie tylko wspaniała przygoda, ale przede wszystkim głębokie spotkanie z historią, która powoli znika pod dywanem z liści. Jeśli chcecie poczuć ten niesamowity, nostalgiczny klimat i zobaczyć, jak płonie jesienią dolina Sanu, gorąco zapraszam Was do obejrzenia galerii zdjęć z mej trasy, którą przygotowałem poniżej! Jako, że zdjęcia robiłem starym aparatem analogowym dobrze oddają klimat tamtych miejsc..
Poniżej zamieszczam również dokładną mapę mojej marszruty, abyście mogli bezpiecznie zaplanować własną wędrówkę przez te zapomniane rubieże.
Byłem tam 10 lat temu, więc może coś się zmieniło od tej pory… A jeżeli interesują Was inne, równie dzikie i zapomniane zakątki naszych gór, koniecznie zajrzyjcie do moich poprzednich relacji. Polecam Waszej uwadze wpis o samotnym przejściu przez Jastrzębią Perć w kamieniołomie Kamyki, gdzie surowy melafir opowiada zupełnie inną, sudecką historię ludzkiej działalności. Zachęcam zatem do czytania innych wpisów na blogu…
Jeśli cenisz moją 14-letnią pracę na blogu możesz postawić mi wirtualną kawę przez serwis buycoffee.to/marcogor 🙂 Wasze wsparcie pozwala mi na dalsze eksplorowanie zapomnianych kart historii i opisywanie miejsc, w których wciąż bije prawdziwe, surowe serce gór. Czy mieliście już okazję wędrować samotnie doliną Sanu poza utartymi szlakami? Zapraszam serdecznie do dyskusji w komentarzach! Z górskim pozdrowieniem
Marcogor















