Wybierz stronę

Czasy przejść w górach – jak naprawdę planować trasę?

Czasy przejść w górach – jak naprawdę planować trasę?

Mapa pokazuje pięć godzin. Wracasz po siedmiu i zastanawiasz się, gdzie zgubiłeś te dwie. Najczęściej nigdzie. Po prostu góry nie chodzą z zegarkiem.

Przez lata wędrówek nauczyłem się, że czas podany na mapie traktuję jako punkt wyjścia, a nie obietnicę, że dokładnie po tylu godzinach będę z powrotem przy samochodzie. Dlatego czasy przejść w górach zawsze traktuję orientacyjnie i dopasowuję je do konkretnej trasy oraz ludzi, z którymi idę.

Przy planowaniu wycieczki patrzę oczywiście na długość trasy, ale jeszcze ważniejsze są dla mnie przewyższenia, rodzaj terenu, długość podejść i zejść oraz to, z kim danego dnia idę.

Czas na mapie to dopiero początek

Dzisiejsze aplikacje bardzo pomagają w planowaniu. Pokazują dystans, profil wysokościowy, sumę podejść i przewidywany czas przejścia.

To świetna baza. Sam z takich narzędzi korzystam.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś widzi na ekranie 5 godzin i 20 minut i traktuje ten wynik jak rozkład jazdy autobusu.

Mapa nie wie przecież, że zatrzymasz się coś zjeść. Nie wie, że będziesz odpoczywał na podejściu. Nie przewidzi, że trafisz na błoto, mokre kamienie albo śnieg. Nie wie także, że na grani otworzy się piękna panorama i przez kwadrans będziesz robił zdjęcia.

Dlatego zawsze dokładam do suchego czasu z mapy własne doświadczenie.

Jak liczę tempo marszu

Mam prosty przelicznik, który przez lata okazał się dla mnie bardzo praktyczny.

Po łatwym i w miarę płaskim terenie przyjmuję około 4 km/h.

Przy normalnym podejściu liczę raczej około 3 km/h.

Jeżeli teren robi się naprawdę stromy, zakładam nawet około 2 km/h.

Nie jest to żadna naukowa tabela ani zasada dla każdego turysty. To mój sposób planowania wypracowany podczas wielu lat chodzenia po górach.

Wolę założyć trochę wolniejsze tempo i później mieć zapas niż od rana ścigać się z zegarkiem.

15 kilometrów nie zawsze oznacza to samo

To jeden z najczęstszych błędów przy ocenianiu trasy.

Ktoś patrzy: 15 kilometrów. Przecież to nie tak dużo.

Tyle że 15 kilometrów w Beskidach może oznaczać zupełnie inną wycieczkę niż 15 kilometrów w Tatrach. Inaczej idzie się szeroką leśną drogą, inaczej po kamieniach, rumowisku skalnym czy stromym zboczu.

Dlatego zawsze patrzę na przewyższenia.

Trasa długości 18 kilometrów z 400 metrami podejść to zupełnie inny dzień niż 18 kilometrów z 1400 metrami podejść.

Na papierze dystans ten sam.

W nogach nie ma porównania.

Zejście wcale nie musi być szybkie

Na łatwym zejściu można często przyjąć tempo około 4-5 km/h.

Ale tylko wtedy, kiedy teren rzeczywiście na to pozwala.

Na bardzo stromym zejściu potrafię iść znacznie wolniej niż wynikałoby z samego dystansu.

I właśnie na zejściu szczególnie nie lubię się spieszyć.

Po kilku godzinach wędrówki nogi są już zmęczone. Koncentracja nie jest taka sama jak rano, a jeden źle postawiony krok na mokrym kamieniu albo luźnym rumoszu może skończyć się wypadkiem.

Wolę stracić pół godziny niż zdrowie.

Dlatego przy planowaniu patrzę na cały profil trasy, a nie tylko na czas potrzebny do zdobycia szczytu.

Czasem największe podejście mamy rano, a później teren rzeczywiście pozwala szybko wrócić. Innym razem po głównym szczycie czeka jeszcze seria mniejszych podejść i stromych zejść.

Po siedmiu godzinach marszu te niewielkie kreski na profilu zaczynają wyglądać zupełnie inaczej.

Najważniejsze pytanie: z kim jadę w góry?

To dla mnie jedna z podstawowych zasad.

Nie planuję trasy według najszybszej osoby w grupie.

Liczę czas dla najsłabszej.

Jeżeli wiem, że ktoś chodzi wolniej, potrzebuje częstszych odpoczynków albo nie ma jeszcze doświadczenia na długich trasach, uwzględniam to przed wyjazdem.

Nie ma sensu ułożyć planu idealnego dla siebie, a potem przez pół dnia poganiać pozostałych.

W górach mamy trasę przejść razem i razem z niej wrócić.

Tempo całej grupy ustala więc osoba, która potrzebuje najwięcej czasu.

Moje dwie dodatkowe godziny

Do czasu samego marszu praktycznie zawsze dodaję około dwóch godzin.

To nie jest rezerwa bezpieczeństwa.

To normalny czas na wycieczkę.

Trzeba coś zjeść. Odpocząć. Napić się. Czasem dłużej posiedzieć na szczycie. Zrobić zdjęcia. Popatrzeć na panoramę.

Przecież właśnie po to jadę w góry.

Nie chcę tylko przejść z punktu A do punktu B.

Jeżeli mapa pokazuje siedem godzin marszu, ja już na początku zakładam, że sama wycieczka może potrwać około dziewięciu godzin.

Dzięki temu nie denerwuję się każdym postojem i nie zastanawiam się, czy mogę jeszcze zrobić kilka zdjęć.

I jeszcze godzina rezerwy

Do tego dokładam mniej więcej godzinę zapasu.

Czyli jeśli sama trasa ma według mapy około siedmiu godzin, planuję dzień mniej więcej dziesięciogodzinny.

Siedem godzin marszu.

Około dwóch godzin na jedzenie, odpoczynek, zdjęcia i postoje.

Jedna godzina rezerwy.

Ta ostatnia godzina jest na rzeczy, których wcześniej nie da się przewidzieć.

Pogoda może się pogorszyć. Ktoś może osłabnąć. Możemy dłużej szukać właściwej ścieżki. Trzeba będzie zejść ostrożniej. Na popularnym szlaku mogą pojawić się kolejki.

Jeżeli nic się nie wydarzy, zostanie nam godzina w kieszeni.

I bardzo dobrze.

Od godziny powrotu liczę wszystko do tyłu

Dopiero kiedy wiem, ile może naprawdę potrwać wycieczka, ustalam godzinę wejścia na szlak.

A później godzinę wyjazdu z domu.

To dla mnie bardzo ważna kolejność.

Nie myślę: wyjedziemy o szóstej rano, a potem jakoś to będzie.

Najpierw patrzę, o której najpóźniej chcę zakończyć trasę.

Uwzględniam porę roku, długość dnia, pogodę i charakter zejścia.

Później odejmuję od tego cały planowany czas wycieczki.

Jeżeli wychodzi, że na szlaku powinienem być o siódmej rano, wtedy sprawdzam, o której muszę wyjechać z domu.

Czasem oznacza to pobudkę bardzo wcześnie.

Ale wolę wstać godzinę wcześniej niż później ścigać się ze zmrokiem.

Mapa pomaga, ale decyzję podejmuję sam

Dzisiejsze aplikacje są świetne. Pokazują trasę, profil wysokościowy, przewyższenia i orientacyjny czas.

Korzystam z nich i bardzo je cenię.

Ale żadna aplikacja nie zna naszej kondycji. Nie zna osoby, która danego dnia idzie z nami. Nie wie, ile razy zatrzymamy się na zdjęcia ani jak będziemy się czuli po sześciu godzinach marszu.

Dlatego mam swoją prostą zasadę.

Po płaskim około 4 km/h.

Pod górę około 3 km/h.

Na bardzo stromym podejściu nawet około 2 km/h.

Na łatwym zejściu około 4-5 km/h, ale na stromym terenie dużo wolniej i przede wszystkim ostrożnie.

Do tego około dwóch godzin na normalne życie na szlaku i jeszcze godzina rezerwy.

Nie chodzi o to, żeby chodzić według kalkulatora.

Chodzi o to, żeby mieć czas.

Bo jeśli mam wybierać między trasą zaplanowaną na styk a godziną zapasu, zawsze wybiorę zapas.

Góra poczeka. 🙂

Czytaj więcej

Co zabrać w góry – ekwipunek mniej lub bardziej konieczny
https://marekowczarz.pl/co-zabrac-w-gory-ekwipunek-konieczny-mniej-lub-bardziej/

Co zabrać w góry na pierwszy raz
https://marekowczarz.pl/co-zabrac-w-gory-na-pierwszy-raz/

Wypadek w górach – co dalej?
https://marekowczarz.pl/wypadek-w-gorach-co-dalej/

Do zobaczenia gdzieś na górskim szlaku! Z górskim pozdrowieniem
Marcogor

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O autorze

marcogor

Bloger z Gorlic, górołaz opisujący swoje górskie wyprawy, zakochany w Tatrach, miłośnik górskich wędrówek i wszystkiego piękna natury. Góry to moja pasja i mój drugi dom.

POSTAW KAWĘ AUTOROWI

TURYSTYKA – GÓRY – PODRÓŻE – BLOG ISTNIEJE OD II.2012

Pasma Górskie

Translate »