Księga pierwsza: „Kroniki Ducha Gór. Rozmowy z Marcogorem”
„Pewnego dnia, gdy Marcogor usiadł na swoim ulubionym kamieniu wysoko nad doliną, usłyszał głos, którego wcześniej nigdy nie słyszał. Nie dochodził z żadnej strony. Był wszędzie — w szumie wiatru, w skrzypieniu starych świerków, w ciszy między kolejnymi uderzeniami własnego serca.
— Długo kazałeś mi czekać, wędrowcze — powiedział Duch Gór.
— Czekałeś na mnie? — zdziwił się Marcogor.
— Nie. Czekałem, aż będziesz gotów mnie usłyszeć.”
— Marcogorze — szepnął Duch Gór — każdy wędrowiec zabiera na szlak plecak. Ty zabierz jeszcze jeden. Niech będzie zrobiony z papieru i słów. Bo przyjdzie dzień, kiedy będzie cięższy od wszystkich kamieni, które nosiłeś w butach, a jednocześnie lżejszy od górskiego wiatru.
— Przez całe życie sądziłeś, Marcogorze, że wędrowałeś swoimi ścieżkami. A ja przez cały ten czas prowadziłem cię do tej jednej, ostatniej rozmowy.
— Idź, Marcogorze. Nie szukaj mnie tylko na najwyższych szczytach. Będę tam, gdzie przystaniesz na chwilę i pozwolisz ciszy przemówić.
— Dobrze czynisz, Marcogorze, zapisując nasze rozmowy. Ludzkie kroki zacierają się na ścieżkach po pierwszym deszczu, ale słowa, które płyną z serca, potrafią przetrwać wiele zim.
Duch Gór przemówił do Marcogora:
— Wróciłeś, wędrowcze. Minęły lata, a ja nadal stoję tutaj między skałami, gdzie wiatr niesie dawne historie. Patrzyłem, jak zdobywałeś kolejne szczyty, jak szukałeś nie najwyższych gór, lecz tych, które mają duszę.
— Ludzie dziś przychodzą do mnie z telefonami, dronami i pośpiechem. Chcą zdobywać, zaliczać, odhaczać. Ale ty wiesz, Marku, że prawdziwe góry zdobywa się sercem.
— Pamiętaj jednak: nawet najstarszy wędrowiec jest tylko chwilowym gościem na moich ścieżkach. To nie człowiek zostawia ślad w górach. To góry zostawiają ślad w człowieku.
Rozdział kolejny: O śladach, których nie widać
— Mówisz, Duchu Gór, że to nie człowiek zostawia ślad w górach, lecz góry pozostawiają ślad w człowieku. Czy naprawdę tak jest? Przecież tyle razy przechodziłem tymi samymi ścieżkami, wspinałem się na te same szczyty i patrzyłem z tych samych miejsc na świat.
Duch Gór uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Poruszył się wiatr, a stare świerki zaszeptały między sobą jak strażnicy pamiętający czasy, kiedy po tych zboczach wędrowali dawni pasterze, poszukiwacze kamieni i samotnicy uciekający od zgiełku dolin.
— Tak, Marcogorze. Wróciłeś na te same szlaki, ale nigdy nie byłeś już tym samym człowiekiem. Za każdym razem niosłeś inny plecak: raz pełen marzeń, innym razem pytań, czasem trosk, a czasem wspomnień. Góry nie zmieniają się dla ciebie. To ty zmieniasz się w ich obecności.
Na chwilę zapadła cisza. Taka cisza, której nie znajdzie się w żadnym mieście. Cisza złożona z szumu wiatru, stukotu dzięcioła gdzieś w oddali i odległego szmeru górskiego potoku.
— Widziałem wielu ludzi — kontynuował Duch Gór. — Jedni przychodzili, aby mnie zdobyć. Inni, aby przede mną uciec. Byli też tacy, którzy przychodzili tylko po to, by usiąść na kamieniu i zrozumieć, jak małą częścią świata są. Ci ostatni odchodzili najbogatsi, choć niczego nie zabrali ze sobą.
— A co pozostaje po nas, Duchu Gór? — zapytał Marcogor. — Kiedy nasze kroki ucichną, kiedy ostatni raz spojrzymy na ukochane szczyty, czy zostanie po nas cokolwiek?
Duch Gór nie odpowiedział od razu. Jakby szukał odpowiedzi w mgłach sunących nad granią, w sękach starych buków i w kamieniach pamiętających tysiące zim.
— Pozostają opowieści, Marcogorze. Nie te wyryte na tablicach i pomnikach. Te zapisane w sercach ludzi, z którymi dzieliłeś drogę. Pozostają zdjęcia, w których zatrzymałeś chwilę i słowa, które zapisałeś, by inni mogli odnaleźć własną ścieżkę.
— A więc moje zapiski, moje górskie historie… mają sens?
Duch Gór spojrzał gdzieś daleko, ku horyzontowi, gdzie ostatnie promienie słońca złociły skalne ściany.
— Każdy, kto potrafi opowiedzieć o górach z pokorą, staje się ich kronikarzem. Nie jesteś właścicielem tych miejsc, Marcogorze. Jesteś tylko skromnym skrybą, któremu powierzono na chwilę pióro. Pisz więc dalej. Opowiadaj o świcie na pustym szlaku, o zmęczeniu pod ostatnim podejściem, o radości odnalezienia starej ścieżki i o ludziach spotkanych przypadkiem. Bo kiedyś ktoś przeczyta twoje słowa przed swoją pierwszą wyprawą i zrozumie, że w góry nie idzie się po zwycięstwo — idzie się po spotkanie.
Marcogor długo milczał. Czuł, że Duch Gór mówi nie tylko o szlakach, które przemierzył, ale także o drodze, którą przeszedł przez całe swoje życie.
— Powiedz mi jeszcze jedno, stary przyjacielu — wyszeptał. — Czy nadejdzie dzień, kiedy powinienem pożegnać się z górami?
Duch Gór zaśmiał się cicho. Nie był to śmiech drwiący, lecz pełen ciepła i zrozumienia, jak śmiech starego przewodnika, który zna odpowiedź od dawna.
— Człowiek może przestać wchodzić na szczyty, Marcogorze. Może odłożyć plecak, zawiesić kijki na ścianie i zamknąć mapy w szufladzie. Ale jeśli raz naprawdę pokochał góry, one już nigdy go nie opuszczą. Będą wracały w zapachu mokrego lasu po deszczu, w szumie wiatru za oknem i w snach, w których znów usłyszy skrzypienie śniegu pod butami.
— A wtedy, nawet siedząc daleko od moich szlaków, wciąż będziesz ze mną? — zapytał Marcogor.
— Nie, mój przyjacielu — odrzekł Duch Gór. — To ty będziesz nadal ze mną. Bo człowiek odchodzi z gór, ale góry nigdy nie odchodzą z człowieka.
I gdy ostatni blask dnia zniknął za granią, Marcogor poczuł, że ta rozmowa nie była zakończeniem. Była jedynie kolejnym krokiem na ścieżce, która nie kończy się na żadnym szczycie.
— Dobrze uczyniłeś, Marcogorze. Każda wielka wyprawa zaczyna się od przygotowania plecaka. A ty przygotowałeś plecak na drogę ze słów.
„Nie jestem miejscem, Marcogorze.
Nie jestem nawet głosem gór.
Jestem tym, co w tobie się dzieje, kiedy milknie świat.”
„Kiedy zamknąłem notatnik po tej rozmowie z Duchem Gór, długo jeszcze siedziałem na kamieniu poniżej Śnieżnych Kotłów. Wiatr niósł chłód od grani, a ja przypomniałem sobie swoje pierwsze przejście tym szlakiem sprzed wielu lat…” 🙂 Z górskim pozdrowieniem
Marcogor










