Wulkaniczna pętla Slańskich Gór. Herľany i Rankovske Skały
Góry Tokajsko-Slańskie (Slanské vrchy) to rozległy, niezwykle urokliwy i dziki łańcuch górski pochodzenia wulkanicznego, rozciągający się we wschodniej Słowacji na długości blisko 50 kilometrów. To fascynujące, odcięte od masowej turystyki pasmo urzeka potężnymi, wiekowymi lasami bukowymi, malowniczymi przełęczami oraz surowymi, andezytowymi bastionami skalnymi, które skrywają w sobie liczne jaskinie i minerały. Są w roku takie wyjątkowe, ulotne chwile, kiedy wołanie tego dzikiego, górskiego szlaku staje się silniejsze niż jakakolwiek codzienna rutyna.
Ostatni weekend maja podarował nam eksplozję najpiękniejszych barw rozkwitającej przyrody, zapraszając naszą siedmioosobową, wesołą ekipę GGG na prawdziwy szlak marzeń. Nasza zgrana, mieszana paczka wyruszyła wczesnym rankiem na wschód Słowacji, by rzucić wyzwanie wspomnianym wulkanicznym grzbietom. Pogoda dopisała nam wprost festiwalowo, racząc nas przez cały dzień prawie bezchmurnym niebem, suchym podłożem i niemal całkowitym brakiem uciążliwego błota. Wyruszamy wczesnym rankiem z Gorlic, skąd najkrótsza i najbardziej optymalna trasa dojazdowa liczy dokładnie 125 kilometrów.
Jedziemy przez przejście graniczne w Koniecznej, Bardejov oraz Prešov, by po dwóch godzinach sprawnej jazdy samochodem zameldować się na miejscu. Nasz samochód zostawiamy na płatnym parkingu, usytuowanym tuż obok zabytkowego, dziewiętnastowiecznego parku zdrojowego w urokliwej miejscowości Herľany. Ruszamy szeroką alejką, przechodząc początkowo obok gejzeru i domu zdrojowego, a potem przez starą część parku zdrojowego, która nosi już na sobie ślady lekkiego zaniedbania.
Ta historyczna ścieżka sprawnie wyprowadza nas na otwartą szosę, z której natychmiast uderza w nas przecudny widok na potężny grzbiet Slanskich vrchov, na czele z dumnym szczytem Bogota. Chłoniemy tę przestrzeń całym sobą, maszerując dziarsko wzdłuż drogi aż do miejsca, gdzie stoi ładna, zabytkowa kapliczka przydrożna. Dokładnie przy niej odbijamy za zielonymi znakami szlaku w lewo, wkraczając na niezwykle malownicze, rozległe i zlane majowym słońcem górskie łąki. Po chwili sielankowego marszu wśród traw ścieżka płynnie wprowadza nas w głąb gęstego lasu, gdzie idziemy wyjątkowo przyjazną, szeroką drogą leśną.
Spokojne, miarowe podejście pozwala nam bez trudu łapać wspólny, miarowy rytm i prowadzi nas szerokim duktem pod główny grzbiet górski. Po kilku kilometrach docieramy do leśnej krzyżówki, skąd lokalne, zielone trójkąty kierują nas na boczny, andezytowy bastion skalny. Wkraczamy na teren rezerwatu przyrody, by po chwili stanąć z zachwytem na krawędzi pionowych, kilkudziesięciometrowych ścian, którymi wybijają się w niebo spektakularne Rankovské skaly. Chociaż słaba przejrzystość wiosennego powietrza zazdrośnie schowała przed nami ostre, śnieżne szpice Tatr Wysokich, to panorama i tak była oszałamiająca. Z dwóch punktów widokowych mogliśmy delektować się przednią panoramą 🙂
Naszym oczom ukazała się żywiołowa żyleta widoków na Kotlinę Koszycką, pobliskie wulkaniczne masywy, nieodległe Volovske Vrchy oraz odległe pasma Braniska i Čierna hora. Po zejściu ze skalnych platform wracamy na zielony szlak, a poezja majowej przyrody szybko przeplata się z dreszczykiem emocji. Na leśnej ścieżce w stronę łącznika pod Vyžníkiem mało co nie nadepnąłem na wielką, grubą żmiję zygzakowatą. Gadzina wygrzewała się beztrosko na samym środku traktu, wyglądając w słońcu zupełnie jak stary, czarny i skręcony konar drzewa.
Po tym mrożącym krew w żyłach spotkaniu docieramy do rozdroża pod Vyžníkiem, gdzie z wielką ulgą odnajdujemy ukryte leśne źródełko. Gasimy pragnienie krystalicznie czystą, lodowatą wodą, po czym wkraczamy na gęsty splot leśnych dróg. Chwila nieuwagi i gubimy szlak, wchodząc na dziko w las, jednak szybko odnajdujemy właściwą ścieżkę. Wychodzimy na otwarty punkt widokowy, z którego po raz pierwszy tego dnia podziwiamy bezkresne przestrzenie wschodniej Słowacji. Ponad falującym morzem lasu majaczy potężne lustro jeziora Zemplínska šírava oraz daleki, postrzępiony łańcuch powulkanicznego pasma Vihorlat.
Schodzimy łagodnym leśnym duktem na malowniczą przełęcz Herlianske sedlo (660 m n.p.m.), rozdzielającą poszczególne części pasma, cały czas od krzyżówki trzymając się czerwonego szlaku. Przy drewnianym domku leśników nasza GGG robi dłuższą, zasłużoną przerwę obiadową w swoim wesołym i zgranym gronie wędrowców. Po sytym posiłku łapiemy nadal czerwone znaki międzynarodowego, dalekobieżnego szlaku E8, który natychmiast funduje nam ostre i ciekawe podejście. Wchodzimy gęsiego w pas andezytowych skałek, gdzie podłoże zmusza do mocnego wbijania butów i weryfikuje kondycję naszej ekipy.
Podchodzimy na zalesiony i potężny wierzchołek szczytu Mošníka (911 m n.p.m.). Zamiast tradycyjnej polany wita nas tu olbrzymia, betonowa wieża kontroli i kierowania ruchem lotniczym, wzniesiona ostatecznie w 2015 roku. Cały ten strategiczny i niedostępny dla turystów obiekt otoczony jest wysokim, szczelnym płotem z drutem kolczastym. Przez te wojskowe obostrzenia na samym szczycie nie uświadczymy nawet klasycznej, górskiej tabliczki z nazwą i wysokością szczytu. Żeby odetchnąć i złapać szerszą perspektywę, schodzimy kawałek technicznym asfaltem za pierwszy zakręt tej górskiej drogi dojazdowej.
Warto było, bo z przecinki drzew po raz kolejny uderza w nas kapitalny widok na lśniącą w dole Šíravę. Wracamy na czerwony szlak i rozpoczynamy bardzo wygodny, płaski marsz leśnym grzbietem w kierunku przełęczy Mošník. Ścieżka prowadzi nas wzdłuż głębokich linii okopów z czasów II wojny światowej, opatrzonych w jednym miejscu ciekawą tablicą informacyjną. Z przełęczy idziemy jeszcze kawałek grzbietem, po czym odbijamy w lewo i ruszamy całkowicie na dziko przez las na wierzchołek Lazy – severný vrchol (865 m n.p.m.). Liczyliśmy tutaj na dawną, pasterską halę z panoramą, jednak polana szczytowa mocno zarosła młodnikiem, oferując jedynie mocno ograniczony widok na Vihorlat.
Przedzieramy się zatem przez krzaki z powrotem na przełęcz Mošník, skąd lądujemy na niebieskim szlaku prowadzącym już w stronę mety. Początkowy odcinek zejścia funduje nam jednak prawdziwy, wysokogórski hardkor, na który nikt z nas nie był w pełni gotowy. Ścieżka momentalnie urywa się wśród potężnych wiatrołomów, a podłoże w wielu miejscach okazuje się skrajnie niestabilne. Osuwająca się ziemia zerwała ze sobą wielkie drzewa, zmuszając nas do kilkunastu minut ostrej walki na dzikiej, ledwo widocznej i stromej perci. Poczuwszy prawdziwy, szorstki smak słowackich bezdroży, z wielką ulgą wskakujemy na zdecydowanie lepszą i wyraźniejszą dróżkę leśną. 🙂
Przed nami otwiera się długi, niezwykle klimatyczny spacer przez majestatyczny, stary bukowy las, pośród licznych i malowniczych rumowisk skalnych. W pewnym momencie po prawej stronie odkrywamy głębokie, tajemnicze pęknięcie w andezytowych skałach. To wejście do jaskini Vitrová diera, która ze swoją głębokością 55 metrów jest najgłębszą jaskinią pseudokrasową na Słowacji. Przy samym mrocznym wlocie do tej potężnej andezytowej szczeliny dostrzegamy nagle chmarę gwałtownie wirujących w powietrzu nietoperzy.
Dalsza trasa to morderczo strome i wykańczające zejście bezpośrednio w dół do głębokiej doliny rzecznej. Na samym dnie osiągamy olbrzymi skład ściętego drewna, gdzie rzucamy plecaki na ziemię, by w końcu usiąść, odpocząć i solidnie się posilić. Podczas odpoczynku dochodzi do ciekawego zdarzenia, gdy nagle z gęstwiny leśnej, zupełnie znikąd, wyłania się piękny, rudy lis. Ten odważny leśny zwierzak bez większego strachu towarzyszył nam przez dłuższą chwilę, cierpliwie przyglądając się naszej siedmioosobowej wesołej ekipie.
Z placu z drzewem, gdzie przebiega szeroka droga rowerowa, którą przecięliśmy, ruszamy w końcu dalej za niebieskimi znakami szlaku, bo droga przed nami była jeszcze daleka… 🙂 Najpierw musieliśmy go jednak fizycznie odnaleźć w terenie, co po niedawnej, potężnej wycince drzew okazało się nie lada wyzwaniem. Nasza mocna ekipa szybko dała sobie z tym radę, choć trasa wymagała przedzierania się przez bagniste źródliska potoku oraz gęste, wysokie pokrzywy. Po krótkiej walce szczęśliwie natrafiliśmy na właściwą ścieżkę, która od tej pory prowadziła nas już wyjątkowo łagodnie i przewidywalnie.
Wychodzimy wkrótce na skraj lasu, otwierający widok bezpośrednio na rozłożoną w dolinie malowniczą wieś Vyšná Kamenica. Mijamy po drodze przepiękną, rozległą polanę górską, na której dywanami uderzały w oczy rozkwitające wiosenne kwiaty. Kawałek dalej odnajdujemy kolejne źródło, przy którym Słowacy urządzili kapitalne miejsce na ognisko z zadaszonym stołem i ławami. Największy zachwyt wzbudziły w nas jednak genialne, drewniane stołki, które lokalni rzemieślnicy misternie wyciosali wprost z potężnych pni drzew.
Robimy tam krótki odpoczynek na chłodny łyk wody, po czym zaledwie kilometr dalej natrafiamy na ukryte pośród buków Čierne jazero. To urokliwe jeziorko to klasyczny przykład rzadkiego zbiornika osuwiskowego, powstałego w wyniku dawnych ruchów andezytowych mas skalnych. Ciemna, magnetyzująca tafla wody otoczona leśną gęstwiną tworzy niesamowity, pełen misternego zachwytu klimat, który na długo zapada w serce każdego wędrowcy. Odtąd prowadzi nas już wyjątkowo wygodna droga leśna, która łagodnie wiła się w dół, dając pełne wytchnienie naszym stopom.
Szlak doprowadza nas w pobliże potężnego, od dawna nieczynnego kamieniołomu andezytu na terenie katastralnym wsi Vyšná Kamenica. To spektakularne, opuszczone wyrobisko odsłania przed nami pionowe ściany, ukazując twardy andezyt piroksenowy, służący dawniej jako tłuczeń do budowy dróg. Wychodzimy na rozległą, zalaną słońcem łąkę, która urzeka dywanem intensywnie niebieskich, rozkwitłych chabrów bławatków. W tle maluje się epicka, niczym nieosłonięta panorama dalekich pasm: widzimym.in. Kojšovską hoľę (1246 m n.p.m.) oraz Smrekovicę (1200 m n.p.m.) w Branisku.
Przechodzimy przez Predný háj i wkraczamy na urokliwe, zaciszne osiedle domków letniskowych, ukryte w bocznej dolinie. Tuż za nimi odkrywamy śliczne, dwuhektarowe sztuczne jezioro, które powstało poprzez spiętrzenie górskiego strumienia Svinický potok. Na drugim brzegu zbiornika straszy potężny, betonowy szkielet niedokończonego hotelu i ośrodka szkoleniowego z szalonych lat 90. Inwestycję wstrzymano na etapie surowym z powodów finansowych, przez co ten urbexowy kolos niesamowicie kontrastuje z pięknem dzikiej natury.
Mijamy ostatnie chaty przysiółków Vyšnej Kamenicy i wychodzimy bezpośrednio na główną szosę prowadzącą z Vranova nad Topľou do Koszyc. Nasz niebieski szlak skręca tutaj ostro w prawo, wprowadzając nas na ostatnie dwa kilometry asfaltowego marszu powrotnego. Mijamy zabytkowy, przydrożny kamienny krzyż i zmęczeni całodniową wyrypą wkraczamy do pierwszego napotkanego baru w Herľanach. Część naszej ekipy zamawia lody, a reszta celebruje sukces małym, zasłużonym, zimnym piwkiem za pomyślne ukończenie trasy.
W tym momencie biesiadujący tu mili Słowacy rzucają hasło, że gejzer właśnie wytrysnął kilka minut wcześniej, sporo przed oficjalnym czasem! Natychmiast zrywamy się na równe nogi i pędzimy przez park zdrojowy prosto pod bariery, by zdążyć na ten unikalny spektakl. Zimna, nasycona minerałami woda na naszych oczach gwałtownie strzela w niebo na wysokość ponad 20 metrów! Całe to niesamowite, widowiskowe erupcyjne szaleństwo trwało dokładnie 25 minut, stanowiąc najpiękniejsze możliwe zwieńczenie naszej wulkanicznej trasy marzeń. Niestety my zdążyliśmy na sam jej koniec… 🙂
Dlatego powyżej zostawiam tutaj filmik z całej erupcji z innego dnia. Ten unikalny w skali Europy zimny gejzer został aktywowany sztucznie przez człowieka w 1872 roku za pomocą odwiertu o głębokości 404,5 metra. Erupcje chłodnej wody (14-18°C) są sterowane naturalnym ciśnieniem dwutlenku węgla i występują cyklicznie co 34-36 godzin, wyrzucając strumień na wysokość 22 metrów. Szczęśliwi, schłodzeni wodną mgiełką i przepełnieni pozytywną energią docieramy ostatecznie na parking, by spakować plecaki do aut. Poniżej zostawiam mapkę naszej trasy na ponad 23 km, która zajęła nam 9 h…
Dziękuję całej naszej siódemce za genialną, wesołą atmosferę, potężną moc w nogach i wspólne pokonanie tej wymagającej trasy. A Was zachęcam do lektury pozostałych wpisów na moim blogu, gdzie znajdziecie setki opowieści z moich 35 lat wędrowania. Zapraszam także gorąco do obejrzenia pełnej galerii zdjęć, którą zamieściłem bezpośrednio pod tym tekstem. A jeśli cenisz moją 14-letnią pracę na blogu i pasję, którą dzielę się z Wami w każdej relacji, możesz postawić mi wirtualną kawę. Twoje wsparcie to dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia pełnych magii treści.
Dziękuję za każde wsparcie na buycoffee.to/marcogor Z górskim pozdrowieniem
Marcogor






















