Polski snowboardzista na Piku Lenina. Zjazd z 7134 metrów
20 lipca 2026 roku Daniel Siarka dokonał wyczynu, który zapisuje się w historii polskiego snowboardu wysokogórskiego. Stanął na wierzchołku Piku Lenina (7134 m), a następnie jako pierwszy Polak zjechał snowboardem północną ścianą tej potężnej góry.
Zanim jednak opowiemy o samym zjeździe, warto zatrzymać się na chwilę przy miejscu, gdzie rozegrała się ta niezwykła historia. Według jego relacji był to pierwszy polski zjazd snowboardowy tą drogą.
Choć uchodzi za jeden z bardziej dostępnych siedmiotysięczników, wysokość, wiatr, niskie temperatury, szczeliny i zagrożenie lawinowe sprawiają, że góra nie wybacza błędów. Północne stoki są dodatkowo poprzecinane głębokimi szczelinami, a ich nachylenie miejscami osiąga 45–55 stopni.
Pik Lenina – siedmiotysięcznik ukryty w Pamirze
Pik Lenina, obecnie oficjalnie nazywany również Szczytem Ibn Siny, to jeden z najwyższych szczytów Pamiru. Wznosi się na wysokość 7134 metrów w paśmie Trans-Ałaj, na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu.
Pamir często nazywany jest „Dachem Świata”. To ogromna kraina lodowców, rozległych dolin i potężnych szczytów, która pozostaje mniej znana niż Himalaje czy Karakorum. Dla wielu wspinaczy właśnie ta surowość i dzikość stanowią największy urok tego regionu.
Pik Lenina należy do tzw. Korony Ziemi byłego ZSRR i jest jednym z najczęściej odwiedzanych siedmiotysięczników świata. Nie oznacza to jednak, że jest górą łatwą. Łagodniejsze południowe podejścia często dają złudne poczucie bezpieczeństwa, ale wysokość ponad 7000 metrów, gwałtowne zmiany pogody, silny wiatr, szczeliny lodowcowe i zagrożenie lawinowe sprawiają, że każdy atak szczytowy jest poważnym wyzwaniem.
Szczególnie wymagająca jest północna strona góry. To właśnie tam znajdują się strome fragmenty lodowe, seraki i liczne szczeliny, które z wysokości często są trudne do właściwej oceny. Zjazd snowboardem z Piku Lenina był dla Daniela Siarki nie tylko sportowym wyzwaniem, ale również próbą zmierzenia się z jedną z najbardziej wymagających ścian tego siedmiotysięcznika
I właśnie tę ścianę wybrał Daniel Siarka.
Nie klasyczne wejście i zejście.
Nie bezpieczniejszą linię.
Ale zjazd snowboardem z samego wierzchołka siedmiotysięcznika.
Dziewięć godzin samotnej walki o szczyt
Daniel rozpoczął atak…
Najpierw dziewięć godzin walki o szczyt
Daniel rozpoczął atak o północy z obozu C3 na wysokości około 6200 metrów. Wyruszył razem z ośmioma szwajcarskimi alpinistami. Po półtorej godziny cała grupa zdecydowała się wycofać z powodu problemów zdrowotnych i pogarszającej się pogody.
Daniel ocenił sytuację inaczej i ruszył dalej samotnie.
Przed nim było jeszcze dziewięć godzin wspinaczki. Wiatr mocno utrudniał podejście, a niesiony na plecach snowboard ważył niemal pięć kilogramów. Na tej wysokości, przy bardzo ograniczonej ilości tlenu, każdy dodatkowy kilogram zaczyna mieć znaczenie. Dodatkowym problemem był świeży śnieg – dzień wcześniej spadło około 15 cm, więc podczas podejścia Daniel musiał torować drogę.
W końcu, po dziewięciu godzinach, stanął na szczycie.
7134 metrów i snowboard
Po dotarciu na wierzchołek połączył się drogą radiową z obozem C3. Poinformował, że osiągnął szczyt i zamierza sprawdzić sprzęt, a następnie rozpocząć zjazd.
O godzinie 8:30 ruszył w dół.
Początkowo zjechał fragmentem wschodniej grani, szukając odpowiedniego miejsca do wejścia w północną ścianę. Już ten odcinek był bardzo wymagający – stromy lód na wysokości około 7000 metrów nie pozostawiał miejsca na błąd.
Wreszcie znalazł miejsce, w którym mógł rozpocząć właściwy zjazd.
Północna ściana nie wybacza błędów
Z góry północna ściana wyglądała zupełnie inaczej niż na mapie czy fotografii. Szczeliny i seraki są trudne do właściwego ocenienia z wysokości, a ich rzeczywiste położenie często ujawnia się dopiero wtedy, gdy wspinacz lub narciarz znajduje się bardzo blisko przeszkody.
Daniel podczas zjazdu nie korzystał ze zewnętrznego wsparcia nawigacyjnego.
W pewnym momencie podjął błędną decyzję i znalazł się na krawędzi ogromnego seraka. Przeszkody nie dało się ominąć. Przed nim było około 30 metrów pionu.
Snowboard musiał zostać przypięty.
Daniel wypiął się ze sprzętu i przy pomocy raków oraz czekana zewspinał serak, aby znaleźć możliwość dalszego zjazdu.
Dopiero później ponownie założył snowboard i kontynuował drogę w dół.
Zjazd aż do 4600 metrów
Zjazd północną ścianą prowadził dalej w stronę niższych partii góry. Ostatecznie Daniel dotarł na wysokość około 4600 metrów.
Tam charakter terenu ponownie wymusił zmianę sposobu poruszania się. Liczne szczeliny uniemożliwiały bezpieczny zjazd snowboardem, dlatego musiał przepinać się i pokonywać kolejne fragmenty po linie.
Tak dotarł w okolice C1, gdzie zakończył swój zjazd o godzinie 11:30.
Od momentu opuszczenia szczytu minęły trzy godziny.
Droga zapisana w GPX
Ten wyczyn można dziś prześledzić jeszcze dokładniej. Na wizualizacjach przygotowanych do materiału pokazujemy ścieżkę GPX Daniela, która pozwala zobaczyć, którędy rzeczywiście prowadził swój zjazd.
To szczególnie ciekawe, bo linia na mapie pokazuje coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka – zjazd nie był prostym „zjechaniem ze szczytu”. Była to ciągła walka z terenem, szczelinami, serakami i koniecznością zmiany techniki.
7134 metrów wysokości, dziewięć godzin samotnego ataku na szczyt, a później zjazd północną ścianą aż do wysokości 4600 metrów.
Daniel Siarka zrobił to bez zewnętrznego wsparcia.
A góra po raz kolejny pokazała, że nawet wtedy, gdy człowiek ma deskę przypiętą do nóg, najważniejszym sprzętem pozostaje umiejętność podjęcia właściwej decyzji w odpowiednim momencie.
### Złota myśl
„Na siedmiu tysiącach metrów nie wygrywa ten, kto jedzie najszybciej. Wygrywa ten, kto potrafi zatrzymać się przed własnym błędem.”
☕ Jeśli lubisz moje górskie historie…
Jeśli lubisz, gdy na blogu pojawiają się takie górskie opowieści, możesz dorzucić swoją symboliczną kawę.
Dzięki takim drobnym gestom mogę dalej ruszać w góry, fotografować, szukać nowych historii i dzielić się nimi tutaj.
Każda kawa może zamienić się w kolejną górską opowieść. ☕🏔️
Nie musisz. Wystarczy, że czytasz, wracasz i jesteś tutaj.
A jeśli jednak zdecydujesz się na kawę – będę naprawdę wdzięczny.
Z górskim pozdrowieniem
Marcogor









