Doliną Wielicką na Małą Wysoką i zejście Doliną Białej Wody
Są w górach wędrówki piękne, są takie, które pamięta się przez lata i są jeszcze te nieliczne, podczas których człowiek ma wrażenie, że na kilkanaście godzin przeniósł się do zupełnie innego świata. Nasza wyprawa z GGG na Małą Wysoką była właśnie jednym z takich dni.
Znałem tę trasę, przechodziłem ją wcześniej kilka razy i wydawało mi się, że wiem, co mnie czeka. Jak bardzo się myliłem! Po latach odkryłem te góry niemal na nowo. Niektórych fragmentów szlaku prawie nie pamiętałem, inne zmieniły się wraz z tatrzańskim krajobrazem, a jeszcze inne zachwyciły mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Przez trzynaście godzin wędrowaliśmy przez dwa zupełnie różne światy słowackich Tatr Wysokich. Najpierw Doliną Wielicką, pod potężnymi ścianami Gerlacha, na Polski Grzebień i Małą Wysoką, potem przez Zmarzły Staw, magiczną Dolinę Litworową i bezkresną Dolinę Białej Wody, aż na Łysą Polanę. Były kwiaty, wodospady, kozice, skalne kominki, łańcuchy, wielkie panoramy, zmęczenie i setki fotografii. Była też cisza i ta trudna do opisania mistyka Gór, dla której wracam do nich przez całe życie.
Mała Wysoka– w sercu słowackich Tatr Wysokich
Mała Wysoka, czyli Východná Vysoká, wznosi się na wysokość około 2429 m n.p.m. pomiędzy Polskim Grzebieniem, a Rohatką. Nie należy do najwyższych tatrzańskich olbrzymów, ale jej położenie jest niezwykłe. Wyrasta w miejscu, gdzie spotykają się potężne doliny i granie centralnej części Tatr Wysokich, dlatego od dawna uchodzi za jeden z najwspanialszych punktów panoramicznych tego pasma.
Nasza trasa była jednak czymś więcej niż wejściem na jeden wierzchołek. Przecinaliśmy Tatry właściwie z południa na północ, rozpoczynając w Starym Smokowcu, a kończąc kilkanaście godzin później na Łysej Polanie. W sumie około 25 kilometrów, 1450 metrów podejścia i prawie tyle samo zejścia. Krótko mówiąc – porządna tatrzańska wyrypa.
Trasa prowadziła kolejno przez: Stary Smokowiec – Śląski Dom – Wielicki Staw – Wielicką Siklawę – Wielicki Ogród – Długi Staw Wielicki – Polski Grzebień – Małą Wysoką – ponownie Polski Grzebień – Zmarzły Staw – Litworowy Staw – Polanę pod Wysoką – Dolinę Białej Wody – Łysą Polanę. Najtrudniejsze technicznie były fragmenty z łańcuchami i klamrami pod Polskim Grzebieniem oraz skalne podejście na Małą Wysoką, gdzie miejscami trzeba używać rąk. Równie poważnym wyzwaniem jest jednak sama długość tej trasy.
Pobudka przed świtem i kierunek Tatry
Ten górski dzień zaczął się właściwie jeszcze w nocy. Z domu wyjechaliśmy około godziny 4.30. Gorlicka Grupa Górska ruszyła tym razem w Tatry w dziewięcioosobowym składzie. Samochody zostawiliśmy na płatnym parkingu na Łysej Polanie, skąd pierwszym słowackim autobusem SAD o 7.05 pojechaliśmy do Starego Smokowca. Dzięki temu mogliśmy przejść Tatry z jednej strony na drugą, a wieczorem zejść prosto do pozostawionych aut.
Około godziny 8 byliśmy gotowi do wymarszu. Sam Stary Smokowiec zasługuje jednak na kilka zdań. To najstarsza z tatrzańskich osad turystyczno- uzdrowiskowych po południowej stronie gór, rozwijająca się od końca XVIII wieku. Bardzo lubię jego atmosferę – stare wille, pensjonaty i zabudowania nawiązujące do stylu alpejskiego i szwajcarskiego sprawiają, że od razu czuje się klimat dawnego tatrzańskiego kurortu. Tym razem nie mieliśmy jednak czasu na spacer po miasteczku. Góry czekały, więc ruszyliśmy żółtym szlakiem w stronę Doliny Wielickiej.
Gerlach pojawił się wyjątkowo wcześnie
Pogodę dostaliśmy jak na zamówienie. Słońce, znakomita przejrzystość powietrza, brak dokuczliwego upału i przyjemny chłodzący wiatr. Trudno było wymarzyć sobie lepsze warunki na tak długą wysokogórską wędrówkę.
Dolinę Wielicką znałem z wcześniejszych wypraw i od początku zwróciłem uwagę jak bardzo zmienił się jej krajobraz. Ubyło drzew. Tam, gdzie kiedyś szlak dłużej prowadził pośród świerków, dziś przestrzeń jest znacznie bardziej otwarta, dzięki czemu widoki pojawiły się wyjątkowo wcześnie, a ponad doliną szybko wyrósł potężny masyw Gerlacha. Znałem tę górę i tę dolinę, a mimo to tego ranka patrzyłem na nie trochę tak, jakbym znalazł się tutaj po raz pierwszy.
Śląski Dom i drugie śniadanie nad Wielickim Stawem
Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy przy Śląskim Domu, pięknie położonym nad brzegiem Wielickiego Stawu. Była to pora na drugie śniadanie i pierwsze dłuższe delektowanie się krajobrazem.
Śląski Dom ma już ponadstuletnią historię. Pierwsze schronisko stanęło tutaj pod koniec XIX wieku z inicjatywy śląskiej sekcji Węgierskiego Towarzystwa Karpackiego. Budynek wielokrotnie przebudowywano, aż w 1962 roku został zniszczony przez pożar. Obecny obiekt powstał kilka lat później i dziś jest jednym z najbardziej charakterystycznych górskich hoteli po słowackiej stronie Tatr.
Tego dnia bardziej od samego budynku interesowało mnie jednak jego otoczenie. Wokół Wielickiego Stawu trwało jeszcze pełne górskie lato.
Wielicki Ogród – góry tonęły w kwiatach
Po pierwszych grupowych fotografiach, pełni dobrego humoru i optymizmu, ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem. Mijaliśmy Wielicką Siklawę, a później weszliśmy w miejsce, którego nazwa mówi właściwie wszystko – Wielicki Ogród, znany także jako Kwietnik czy Ogród Wahlenberga.
9 sierpnia miejsce to naprawdę zasługiwało na swoją nazwę. Wokół nas kwitły wysokogórskie ziołorośla, a najbardziej efektownie prezentowała się wierzbówka kiprzyca, której różowo-purpurowe łany pojawiały się wokół stawu, poniżej Wielickiej Siklawy i w wielu innych miejscach doliny. Wśród roślin dostrzegliśmy też bordowe kwiatostany rozchodnika karpackiego oraz całe połacie żółtych kwiatów.
Kontrast był zachwycający – delikatne kwiaty, szum wody, zieleń górskich łąk, a ponad nimi monumentalne ściany Tatr. Jak tu było pięknie!
W tej części doliny znajduje się też ciekawostka opisywana przez Józefa Nykę. Pod przewieszoną skałą sączy się woda, tworząc miejsce nazywane Wiecznym Deszczem. Dawniej w okolicy znajdowano również niewielkie granaty, a skały zwano Granatnicami. Pod koniec XIX wieku okazy z granatami można było nawet kupić w schronisku. Lubię takie drobne historie – człowiek mija skałę w kilka sekund, a okazuje się, że kryje się za nią kawałek dawnego tatrzańskiego świata.
Długi Staw i groźne żleby Gerlacha
Za Wielickim Ogrodem świat zaczął się zmieniać. Zieleń stopniowo zostawała poniżej, a my weszliśmy na wyższe piętro Doliny Wielickiej i dotarliśmy w okolice Długiego Stawu. Tutaj Tatry nie były już łagodne. Stały się surowe. Pierwszy raz tego dnia spotkaliśmy tu kozice…
Nad wodą wznoszą się potężne ściany masywu Gerlacha, poprzecinane głębokimi żlebami. Szczególnie Żleb Karczmarza i sąsiednie formacje dodawały temu miejscu pewnej grozy. U wylotów żlebów leżą ogromne stożki piargowe, które powoli zasypują misę stawu. Patrzyłem na nie i czułem respekt, choć nasza ścieżka nie była jeszcze technicznie trudna. Po prostu otoczenie stawało się monumentalne. Człowiek nagle czuje, jak niewiele znaczy wobec takiej masy skały.
Tego dnia zdarzało mi się świadomie zwalniać. Grupa była kilkadziesiąt metrów przede mną, a ja zostawałem sam. Nie chciałem przejść tej doliny zbyt szybko, chciałem ją chłonąć. Przecież znałem tę drogę, przechodziłem ją wcześniej wiele razy, a jednak niektórych miejsc prawie nie pamiętałem. Czułem się chwilami tak, jakbym po latach wrócił do zapomnianego raju.
Robiłem zdjęcie za zdjęciem, setki fotografii, ale wiedziałem, że żadna z nich nie zatrzyma tego, co naprawdę wtedy czułem – światła, przestrzeni, ciszy i majestatu Gór.
Łańcuchami na Polski Grzebień
Powyżej Długiego Stawu charakter szlaku ponownie się zmienia. Wygodna ścieżka zaczyna prowadzić coraz bardziej skalistym terenem, pojawiają się rumowiska i skalne półki, a pod główną granią zaczyna się najbardziej wymagający technicznie fragment wejścia na Polski Grzebień.
Pojawiają się łańcuchy i klamry i nie jest to jeden krótki odcinek. Przewodnik Józefa Nyki wspomina o około stu metrach ubezpieczeń. Trzeba używać rąk, dobrze stawiać stopy i zwracać uwagę na osoby znajdujące się powyżej i poniżej. Pojawia się też ekspozycja. Przy suchej skale, jaką mieliśmy tego dnia, trudności nie są bardzo duże dla osoby obytej z tatrzańskimi szlakami, ale przy mokrych skałach przejście wyglądałoby zupełnie inaczej.
Nasza dziewiątka poradziła sobie bardzo dobrze i po dłuższym fragmencie wysokogórskiej wspinaczki stanęliśmy na Polskim Grzebieniu, około 2200 m n.p.m.
Polski Grzebień – dwa światy Tatr
Polski Grzebień to jedna z tych przełęczy, na których warto zatrzymać się dłużej. Za nami została Dolina Wielicka, po drugiej stronie otworzył się zupełnie nowy świat – Dolina Białej Wody, a bezpośrednio poniżej pięknie prezentował się Zmarzły Staw. Zmarzły oczywiście tylko z nazwy, bo w sierpniowym słońcu żadnego lodu na nim nie było.
Zrobiliśmy tutaj przerwę na odpoczynek, przekąski i kolejne grupowe zdjęcia. Było nam wesoło, byliśmy już wysoko, pogoda wciąż była wymarzona, ale najważniejszy cel znajdował się jeszcze ponad nami.
Mała Wysoka czekała.
45 minut wspinaczki na Małą Wysoką
Z Polskiego Grzebienia ruszyliśmy żółtym szlakiem. Przewodnikowo to około 45 minut podejścia. Początek nie zapowiada jeszcze wszystkiego – prowadzi tam ścieżka, ale szybko pojawiają się strome skały, a potem zaczyna się prawdziwa zabawa.
Kolejne skalne kominki wymagają używania rąk. Miejscami trzeba się podciągnąć, znaleźć dobry chwyt i postawić nogę na skalnym stopniu. To nie jest wspinaczka w sensie taternickim, ale nie jest to również zwykły spacer. Nyka wspomina o krótkim łańcuchu i urozmaiconym skalnym terenie – dokładnie tak zapamiętałem ten odcinek.
Po pewnym czasie szlak przechodzi na łagodniejsze zbocze, trudności maleją i pojawia się wygodniejsza ścieżka. Jeszcze kilka minut, kilka kroków i w końcu jesteśmy.
Mała Wysoka – 2429 metrów szczęścia
Po ponad pięciu godzinach od wyruszenia ze Starego Smokowca stanęliśmy na Małej Wysokiej. Za nami było około 1430 metrów podejścia, więc było co świętować. Zrobiliśmy sobie aż godzinę przerwy i bardzo dobrze, bo nikt nie chciał stąd szybko schodzić. Poniżej filmik z wierzchołka z widokami…
Były kanapki, przekąski, rozmowy, odpoczynek i dziesiątki zdjęć. Oczywiście nie zabrakło grupowej fotografii z flagą GGG. Byliśmy zmęczeni, ale przede wszystkim szczęśliwi, bo panorama należała do tych, których się nigdy nie zapomina. I ta obecność potężnego masywu króla- Gerlacha tuż obok… 🙂
Panorama z Małej Wysokiej – Tatry niemal dookoła
Na Małą Wysoką wchodzi się dla drogi, ale kiedy człowiek staje na jej wierzchołku, szybko rozumie, dlaczego od pokoleń uchodzi ona za jeden z najwspanialszych punktów widokowych Tatr Wysokich.
Najbliżej uwagę przyciąga potężny Gerlach. Najwyższa góra całych Karpat wyrasta stąd niemal na wyciągnięcie ręki, a z tej perspektywy można podziwiać ogrom jej ścian, grani i żlebów.
Dalej pojawiają się Staroleśny Szczyt, Sławkowski Szczyt, Jaworowe Turnie, Lodowy Szczyt, Baranie Rogi, Durny Szczyt i Łomnica. Pomiędzy nimi otwiera się skalny labirynt Doliny Staroleśnej z licznymi stawami. W jej górnym piętrze można odnaleźć Zbójnicką Chatę, a wzrok wędruje również ku Czerwonej Ławce. Za kolejnymi graniami pojawiają się Tatry Bielskie – Hawrań, Płaczliwa Skała i wapienne grzbiety wyglądające stąd zupełnie inaczej niż oglądane z dolin.
Po obróceniu się w przeciwną stronę zaczyna się kolejny spektakl. Rysy, potężna Wysoka, Młynarz, Niżne Rysy i kolejne wierzchołki zamykające wysokie piętra Doliny Białej Wody. Dalej pojawiają się polskie Tatry i przy doskonałej przejrzystości można odnaleźć nawet rejon Orlej Perci. Horyzont sięgał jednak jeszcze dalej – w przeciwnym kierunku widzieliśmy Niżne Tatry, a głęboko pod nami leżał Poprad.
Stałem i patrzyłem. Jak tu było pięknie!
Godzina, która minęła za szybko
Na szczycie zrobiliśmy dziesiątki fotografii. Można było chodzić od jednej strony wierzchołka do drugiej i za każdym razem znajdować nowy kadr, ale były też chwile, kiedy po prostu siedziałem. Nie musiałem niczego zdobywać, ani nigdzie iść. Byłem u siebie.
Góry są moim drugim domem od tak dawna, że czasem wydaje mi się, iż znam już to uczucie na pamięć. A potem przychodzi taki dzień jak ten i wszystko zaczyna się od początku – zachwyt, radość, wdzięczność, że mogę tutaj być. I możliwość podzielenia się tym szczęściem z ludźmi, którzy byli obok, z moimi górskimi kompanami, z Gorlickiej Grupy Górskiej… 🙂
Bo czasami szczęście w górach smakuje najmocniej właśnie wtedy, gdy można przeżyć je razem.
Ze szczytu trzeba jeszcze zejść
W końcu trzeba było powiedzieć Małej Wysokiej „do zobaczenia”. Przed nami zaczęła się trudna część dnia – zejście do Polskiego Grzebienia. Ten sam skalny teren, który podczas podejścia dawał tyle frajdy, podczas schodzenia wymagał jeszcze większego skupienia. Kominki pokonywaliśmy ostrożnie, ręce znów były potrzebne, a w kilku miejscach trzeba było dobrze zastanowić się, gdzie postawić stopę i odwrócić się przodem do skały!
Po wielu godzinach marszu nogi nie były już tak świeże jak rano. W górach zdobycie szczytu nigdy nie oznacza przecież końca wyprawy. Czasami oznacza dopiero jej połowę.
Zmarzły Staw i wejście w świat Doliny Białej Wody
Po powrocie na Polski Grzebień odpoczęliśmy krótko i ruszyliśmy w dół. Tym razem nie wracaliśmy Doliną Wielicką. Przed nami czekało około 13 kilometrów zejścia przez Dolinę Białej Wody, aż na Łysą Polanę.
Najpierw zeszliśmy w stronę Zmarzłego Stawu, położonego na wysokości około 2047 m w surowym wysokogórskim otoczeniu. Znów zmienił się klimat wędrówki – nie było już kwietnych ogrodów Doliny Wielickiej, była skała, piargi, woda i wysokie ściany. Na początku zejścia czekały nas schody ułatwiające zejście po usypujących piargach… Potem prowadziła nas wygodna ścieżka pośród skalnych kolosów!
Wiedzieliśmy, że właśnie przez ten świat będziemy schodzić przez następne godziny.
Litworowy Staw – magia zaklęta w górach
A potem dotarliśmy do miejsca, które oczarowało mnie chyba jeszcze bardziej.
Litworowy Staw.
Są w Tatrach miejsca piękne i są takie, przy których człowiek mimowolnie zwalnia. Dla mnie Litworowy Staw należy do tych drugich. Położony wysoko w surowym świecie Doliny Litworowej wyglądał tego dnia jak niewielkie lustro pozostawione pomiędzy tatrzańskimi olbrzymami.
Ponad nim wyrastają Rumanowy Szczyt, Ganek, Rysy, Niżnie Rysy i kolejne skalne granie zamykające dolinę. Patrzyłem na to wszystko i znów nie chciałem iść dalej.
Magia.
Naprawdę trudno znaleźć inne słowo.
W pobliżu spotkaliśmy również kozice. Jedna z nich spokojnie karmiła młode. W tym ogromnym skalnym świecie wyglądało to niezwykle. Przez chwilę byliśmy tylko obserwatorami, bo góry żyły swoim rytmem, a my byliśmy tutaj jedynie gośćmi. Poniżej zostawiam film z nimi w roli głównej… 🙂
Dolina Kacza i skalny amfiteatr
Schodząc dalej, zbliżaliśmy się do Doliny Kaczej. Jej otoczenie należy do najbardziej imponujących w tej części Tatr. Ponad doliną wyrastają Zadni Gerlach, Batyżowiecki Szczyt, Kaczy Szczyt, Rumanowy Szczyt, Ganek i kolejne turnie tworzące ogromny skalny amfiteatr. A z drugiej strony potężny masyw Młynarza!
To jeden z tych krajobrazów, przy których przewodnik pomaga nazwać góry, ale żadna nazwa nie oddaje ich rozmiaru. Trzeba tam stanąć, podnieść głowę i poczuć się małym.
Wraz z utratą wysokości pojawił się Ciężki Wodospad w oddali, na progu Doliny Ciężkiej, wracała kosodrzewina, a później coraz więcej zieleni w lesie. Góry jednak wcale nie znikały.
Dolina Białej Wody po trzynastu latach
Ostatni raz wędrowałem tędy w 2013 roku i zapamiętałem Dolinę Białej Wody jako miejsce znacznie bardziej zamknięte lasem. Teraz wyglądała inaczej. Wichury, zamieranie świerczyn i działalność kornika zrobiły swoje. W wielu miejscach drzew jest znacznie mniej, przez co widoki otwierają się praktycznie przez większą część trasy.
Nawet bardzo nisko mogliśmy oglądać wyniosłe otoczenie doliny, prawdziwy las szczytów. I choć żal patrzeć na ubytki w drzewostanie, krajobraz stał się przez to zupełnie inny.
Dolina Białej Wody należy do największych i najdłuższych dolin Tatr, ale rekordy nie są dla mnie najważniejsze. Dla mnie jest przede wszystkim jedną z najpiękniejszych. Może nawet najpiękniejszą. 🙂
Jej ogrom trudno zrozumieć, patrząc na mapę. Dopiero kiedy człowiek schodzi nią kilometrami i obserwuje, jak kolejne doliny boczne, granie i szczyty przesuwają się wokół niego, zaczyna czuć skalę tego miejsca.
I znów pojawiała się wierzbówka kiprzyca. Różowe kwiaty towarzyszyły nam rano w Dolinie Wielickiej, a teraz spotykaliśmy je po drugiej stronie Tatr. Jakby natura sama spięła naszą wielką pętlę kolorową klamrą.
Polana pod Wysoką – królestwo taterników
Po drodze dotarliśmy na Polanę pod Wysoką, miejsce wyjątkowo mocno związane z historią taternictwa i od dawna będące naturalną bazą wypadową dla ludzi ruszających na wielkie ściany otaczające Dolinę Białej Wody. Żeby tu trafić trzeba lekko zboczyć ze szlaku w wyraźną dróżkę…
Tym razem mogliśmy poczuć tę atmosferę na własnej skórze, bo na obozowisku spotkaliśmy całą gromadę taterników. Namioty, plecaki, liny i wspinaczkowy sprzęt. Dla nas Polana pod Wysoką była kolejnym etapem długiego zejścia, dla nich początkiem drogi w zupełnie inny świat – świat wielkich tatrzańskich ścian.
Lubię takie miejsca. Przypominają, jak wiele różnych sposobów przeżywania gór może spotkać się na jednej niewielkiej polanie.
Leśniczówka, źródełko i jelenie
Jeszcze niżej dotarliśmy w okolice Polany Biała Woda i leśniczówki. Znajduje się tutaj ładnie obudowane źródełko, przy którym można uzupełnić wodę, a wzdłuż doliny spotykamy też liczne wiaty turystyczne, dające możliwość odpoczynku podczas tak długiego przejścia.
My mieliśmy dodatkową atrakcję – na polanie pasły się jelenie.
Po kozicach oglądanych wysoko w skalnym świecie Litworowej i wcześniej spotykaliśmy teraz mieszkańców niższych pięter Tatr. Przyroda towarzyszyła nam właściwie przez cały dzień. A jakże mogłoby być inaczej… 🙂
Mimo że byliśmy już znacznie niżej, panorama wcale się nie kończyła. Nadal pojawiały się Młynarz i Mały Młynarz, Wysoka, Rysy, Niżnie Rysy i Mięguszowieckie Szczyty przed naszymi oczami, gdy spojrzeliśmy za siebie. Gdzieś za graniami znajdował się doskonale znany z polskiej strony świat Morskiego Oka, my jednak wciąż szliśmy Doliną Białej Wody.
I szliśmy, i szliśmy… aż zaczęło robić się ciemno 🙂
Kiedy boli już wszystko
Ostatnie kilometry były już walką ze zmęczeniem. Za graniczną rzeką Białką było słychać ludzi schodzących z Morskiego Oka i konie z zaprzęgów.
Pod koniec bolało już chyba wszystko. Mieliśmy za sobą 25 kilometrów, około 1450 metrów podejścia i tyle samo zejścia, a w nogach trzynaście godzin tatrzańskiej wędrówki. Powinienem myśleć tylko o tym, kiedy wreszcie zobaczymy Łysą Polanę.
A jednak prawie nie narzekałem. Ból gdzieś zniknął pod warstwą zachwytu. Byłem zbyt szczęśliwy.
Ten dzień dostałem jak prezent. Pogodę, jaką w Tatrach trafia się nieczęsto, przejrzyste powietrze, chłodny wiatr, kwiaty Wielickiego Ogrodu, surowe ściany Gerlacha, przepaścisty świat Polskiego Grzebienia, panoramę z Małej Wysokiej, kozice, Litworowy Staw, bezkresną Dolinę Białej Wody i ludzi, z którymi mogłem to wszystko przeżyć.
Czasami szedłem z nimi, rozmawiając i śmiejąc się, czasami zostawałem sam. I właśnie wtedy góry przemawiały najmocniej. Nie słowami, lecz przestrzenią, ciszą i majestatem. Były chwile, kiedy zatrzymywałem się tylko po to, żeby patrzeć. Nie zdobywać, nie iść dalej, nie liczyć kilometrów, po prostu chłonąć ten ukochany świat.
Mistykę Gór.
Bo są takie dni, kiedy nawet zmęczenie staje się częścią szczęścia.
Łysa Polana już po zmroku
Tymczasem zrobiło się ciemno. Ostatnie kilometry pokonywaliśmy już z myślą o samochodach pozostawionych rano na Łysej Polanie i około godziny 21 wreszcie tam dotarliśmy. Trzynaście godzin od wyruszenia ze Starego Smokowca nie czuliśmy nóg. Bolały stopy, kolana, plecy – właściwie wszystko, co mogło boleć.
Zmęczeni? Potwornie. Szczęśliwi? Jeszcze bardziej.
Najwięcej szczęścia mieli ci, którzy tego dnia nie byli kierowcami. W barze przy parkingu mogli uczcić zakończenie naszej tatrzańskiej wyrypy zasłużonym piwem. Kierowcom pozostała satysfakcja i perspektywa kolejnych dwóch i pół godziny za kierownicą.
Gorlice były jeszcze daleko.
Kiedy rano o 4.30 wyjeżdżaliśmy z domu, świat dopiero się budził. Kiedy wróciliśmy, zbliżała się północ. Prawie dwadzieścia godzin poza domem.
Jeden bardzo długi dzień.
Ale jaki dzień!
Powrót do zapomnianego raju
Długo będę pamiętał tę wyprawę. Nie dlatego, że weszliśmy na Małą Wysoką, nie dlatego, że przeszliśmy 25 kilometrów, nawet nie dlatego, że trafiliśmy na jedną z najpiękniejszych panoram, jakie można oglądać w Tatrach.
Zapamiętam przede wszystkim to, co czułem.
Po tylu latach chodzenia po górach wciąż potrafię zatrzymać się na ścieżce i patrzeć na skały z zachwytem. Wciąż potrafię zrobić sto zdjęć, choć wiem, że mam już tysiące podobnych. Wciąż potrafię zostać kilka kroków za grupą tylko po to, żeby przez chwilę być sam z górami.
I nadal czuję wtedy to samo.
Że wróciłem do domu.
Do mojego drugiego domu.
Tego dnia dzieliłem tę radość z bliskimi górskimi kompanami, z całą naszą dziewiątką z GGG i szczególnie z Mariolką. Może właśnie dlatego wszystko smakowało jeszcze mocniej. Góry potrafią dać człowiekowi samotność, której potrzebuje, ale potrafią też dać ludzi, z którymi chce się dzielić szczęściem.
I chyba właśnie dostaliśmy jedno i drugie.
Czy ta trasa jest trudna?
Na koniec kilka słów dla tych, którzy po przeczytaniu tej opowieści pomyślą: chcę tam pójść.
Technicznie najważniejsze są dwa miejsca. Pierwsze to podejście Doliną Wielicką na Polski Grzebień. Końcowy fragment prowadzi po skałach, pojawia się ekspozycja, a przejście ułatwiają klamry i długi ciąg łańcuchów. Przy suchej skale i dla osoby mającej doświadczenie na tatrzańskich szlakach trudności są umiarkowane, ale deszcz, oblodzenie lub duży ruch mogą zdecydowanie podnieść ich poziom.
Drugie miejsce to wejście z Polskiego Grzebienia na Małą Wysoką. Trzeba przygotować się na około 45 minut wysokogórskiego podejścia, fragmenty skalne, kominki, krótki łańcuch i miejsca wymagające używania rąk. Podczas zejścia ten sam teren wymaga jeszcze większej koncentracji. Poniżej mapka naszej trasy…
Nie lekceważyłbym jednak trzeciej trudności – kondycji. W naszym wariancie to około 25 kilometrów, 1430 metrów podejścia i podobna suma zejścia, a do tego bardzo długa droga Doliną Białej Wody. Osoba planująca powtórzyć całość powinna mieć doświadczenie w Tatrach, dobrą kondycję, zapas jedzenia i wody oraz przede wszystkim duży zapas czasu.
To zdecydowanie nie jest krótka wycieczka na szczyt.
To wielka, całodzienna tatrzańska przygoda.
Złota myśl Marcogora
Myślałem, że wracam na dobrze znany szlak. Tymczasem wróciłem do zapomnianego raju.
Jeśli chcecie zobaczyć więcej, zapraszam do galerii zdjęć z tej niezwykłej wędrówki oraz zachęcam do czytania innych tatrzańskich opowieści na blogu. A jeśli moje górskie historie zabierają Was choć na chwilę na szlak, możecie postawić Marcogorowi symboliczną kawę przez serwis BuyCoffee. Dzięki, że wędrujecie razem ze mną. Z górskim pozdrowieniem
Marcogor


























